
I taka dobra dla ojca! Jak miło było patrzeć na rodziców, gdy przebywali razem, widzieć, z jaką miłością i czułością odnoszą się do siebie nawzajem. Matka, należąca raczej do osób niecierpliwych, niespokojnych duchów, troszczyła się o ojca szczególnie ostatnio, kiedy jego schorowane ciało zaczął dręczyć reumatyzm. Choroba była następstwem wielu lat spędzonych przez Tomasa na małym wózku, kiedy to narażony był na przeciągi i zimno. Matka przygotowywała maści do smarowania jego obolałych stawów, ale brakowało jej składników. Christer słyszał raz, jak pod nosem złorzeczyła Heikemu, który nie zgodził się na oddanie jej skarbu Ludzi Lodu. Słyszał także, jak mamrotała coś długo i monotonnie nad ciałem ojca, i wydawało się, że to trochę pomagało, ale nie całkiem.
Dlatego właśnie zdecydowano, że Tomas powinien wyjechać do wód. Propozycja pobytu nad źródłem Ramlosa padła z ust hrabiego Arvida Mauritza Possego, towarzysza Tuli z dziecięcych lat, obecnie jednego z najważniejszych ludzi w Szwecji. I Tula, która gotowa była przychylić nieba Tomasowi, przystała na wyjazd syna wraz z ojcem. Ona sama nie mogła im towarzyszyć, bo właśnie wyprowadzali się z Bergqvara. O tym jednak opowiemy później, na razie najważniejszy jest pobyt w uzdrowisku Ramlosa.
Mała Magdalena Backman siedziała na brzegu łóżka, trzymając dłonie splecione na podołku. Bezmyślnie machała skrzyżowanymi nogami. Była już bezgranicznie wyczerpana tysiącem wymagań, które jej stawiano.
Nagle rozległo się dyskretne pukanie.
Przerażona podniosła głowę, ale zobaczyła jedynie czyjąś rękę. Ktoś zdecydowanie, chociaż cicho, stukał w szybę. Pora była już dość późna, właściwie wieczór, ale jasno jak w dzień.
Magdalena wstała z łóżka z wahaniem, podeszła do okna i spojrzała w dół.
Tak, to był Christer, ten chłopiec. Dawał jej znaki, żeby otworzyła okno.
Lękliwie obejrzała się do tyłu, wiedziała jednak, że stryj Julius siedzi teraz w salonie i w towarzystwie innych panów popija poncz. Szum głosów docierał aż tu, do jej pokoju, słychać też było wybuchy śmiechu i paplanie kobiet dobiegające z sąsiedniego pomieszczenia. Zwykle wystraszona Magdalena wyjątkowo zapomniała o swoim lęku i niecierpliwie mocowała się z okiennymi haczykami. Wreszcie okno otworzyło się na oścież.
