
No i robi coś najgorszego, mianowicie leży i czeka. Czeka i czeka. W końcu senność zmienia się w czuwanie i koniec. Będzie się tak leżeć bezsennie w ciągu wielu bezsensownych godzin. Umysł bowiem jest zbyt zmęczony, by produkować coś pożytecznego, człowiek boi się wstać, bo wtedy to już na pewno zniknie cenna senność, człowiek leży więc, a w głowie krążą jakieś beznadziejne myśli.
Unni znalazła się na takiej właśnie karuzeli. Nie mogę zasnąć, nie mogę zasnąć, co począć, żeby sobie jakoś z tym poradzić? W końcu jednak tabletka zwyciężyła, a ponieważ Unni nie przywykła do środków nasennych, to mimo oporu, jaki stawiał jej umysł, zapadła w drzemkę, która z wolna przeszła w sen.
Jordi wstał i pochylił się nad nią. Nieskończenie ostrożnie, z troską i czułością, wsunął kawałek skóry pod poduszkę, stroną, na której znajdowała się mapa, ku górze. Potem delikatnie pogłaskał Unni po włosach, które odrosły na tyle, że układały się miękko na głowie; nie było już nastroszonej czupryny. Wolno cofał rękę z pełnym miłości uśmiechem na wargach.
Unni przeżywała to wszystko na swój sposób. Sen bowiem może trwać kilka sekund, lecz dla śniącego jest to długa sekwencja wydarzeń. W tych paru sekundach może się zmieścić cały dramat.
Najważniejszym doznaniem był, oczywiście, chłód. Poprzez zamknięte, uśpione powieki widziała, co się obok niej dzieje. Dostrzegała, że Jordi pochyla się nad nią, a widziała wszystko dokładnie w chwili, gdy robił to w rzeczywistości.
Ale, mój Boże, ile jej spragnione zmysły były w stanie zarejestrować!
Widziała go jako olbrzymią, mieniącą się niebieskawo lodową istotę zarówno nad sobą, jak i wokół siebie. Owa istota nie miała konturów, nie miała zdecydowanej formy, to bardziej aura przesyconego erotyzmem chłodu otaczała śpiącą dziewczynę, przesuwała się ponad nią, dopóki nad Unni pochylały się oczy Jordiego pod czarnymi jak węgiel rzęsami.
