
Mimo wszystko dziadek chciał odwiedzić miejsce prawie niedostępne. Pociągał go Laki, ów przerażający wulkan, który spowodował wybuch z największą w historii świata liczbą ofiar śmiertelnych. Dziadek Adam był zafascynowany katastrofą, która przytrafiła się pod koniec osiemnastego wieku, kiedy to Laki i ponad sto innych kraterów wybuchło, tworząc dwudziestopięciokilometrowej długości rozpadlinę wulkaniczną, tak zwane Lakagigar. Popiół, który wtedy spadł na ziemię, zatruł glebę i trawę tak, że na trzech czwartych powierzchni wyspy wyginęły zwierzęta i zmarło dwadzieścia procent ludzi. Ci, którzy nie zginęli w ciągu trwającej dwa lata serii wybuchów z kolejnych kraterów, zmarli potem z głodu właśnie w wyniku owego zatrucia gleby. Obecność chmur popiołu stwierdzano wówczas nad Sztokholmem i nawet daleko na Syberii, nad górami Ałtaj pojawiały się zawierające popiół chmury.
Była to wciąż kompletnie wymarła okolica, której nikt nie odwiedzał. Parę lat wcześniej miody pasterz owiec odłączył się gdzieś pod Lakagigar od swoich towarzyszy i przepadł, nigdy go nie odnaleziono. I to właśnie tam, do Lakagigar, chciał się wybrać dziadek Jordiego. Dlaczego? E, tak tylko, zwyczajnie, chciałby zobaczyć, odpowiadał pytany.
Cóż, dosyć to dziwny powód, myślał sobie Jordi. Czyżby dziadek nagle zapragnął niezwykłości? Zwłaszcza że droga tam była trudna, miejscami w ogóle nieprzejezdna. „Jeep sobie poradzi”, przechwalał się islandzki gospodarz.
