
Ojciec Jordiego dawno temu opowiedział synowi o przekleństwie, które sprawia, że pierworodni w ich rodzinie umierają, zanim skończą dwadzieścia pięć lat. Nie powinien był tego robić, bo od tej chwili Jordi właściwie nie myślał o niczym innym, zwłaszcza po śmierci ojca. Uważał teraz, że wyjazd na Islandię jest całkiem zbyteczny. Co on ma do roboty na tej zimnej Północy? To po prostu strata czasu. Uważał, że jego miejsce jest w Hiszpanii. Tam powinien pojechać i starać się jakoś przerwać ciążące na rodzinie przekleństwo, planował to właściwie od zawsze.
Unni poruszyła się lekko, jedna stopa wysunęła się spod kołdry. Jordi usiadł na brzegu łóżka i ostrożnie ułożył stopę na miejscu; taka była maleńka i tak ufnie spoczywała w jego dłoni, że nie miał ochoty jej puścić. Ale stopa Unni drgnęła pod dotykiem jego lodowatych palców, więc ją troskliwie otulił kołdrą i wrócił do swojego fotela.
Nie mógł wyczytać z twarzy dziewczyny, czy jej się coś śni, bo kołdra przesłaniała jej policzki. Jordi nie wiedział, czy może ją poprawić, bał się, że obudzi Unni. Postanowił trochę poczekać.
Powrócił do przerwanych wspomnień.
Spotkanie z Islandią było dla dwunastolatka szokiem. Znajdowało się tam niewiarygodnie dużo rzeczy do oglądania, wystarczyło wyjechać z lotniska. Przyjaciel dziadka zabierał ich jeepem na wycieczki po wyspie, na zachód i na południe, także na północ, wszędzie, z wyjątkiem najdalszych terytoriów na wschodzie. Był rok 1986 i potoki turystów jeszcze nie zaczęły zalewać kraju, więc drogi w głębi wyspy pozostawały takie jak od wieków. Trzeba było się przeprawiać przez rwące rzeki, a bywało, że i przez wielkie zaspy śniegu, jeep zakopywał się po osie w podłożu, to znowu trzeba było się chronić przed piaskowymi burzami.
