
Nagle usłyszała na wpół szepczący głos:
– Dobry Boże, rzucili mnie obok trupa! Unni drżąco wypuściła powietrze z płuc.
– Antonio?!!! Co ty tutaj robisz? Dłoń natychmiast się cofnęła.
– To ty, Unni? I co znaczy „tutaj”?
– Nie wiem. Myślałam, że jestem w Veigas, ale słyszę ruch uliczny.
– Nic z tego nie rozumiem! Jechałem samochodem razem z resztą przez Baskonię i nagle ocknąłem się tu, wszystko jedno, co to za miejsce.
– A ja? – Unni w czasie, gdy dłońmi usiłowali wymacać coś, co powiedziałoby im, gdzie są, szukała w pamięci. – Ja stałam w blasku księżyca nad brzegiem strumienia w Veigas, na granicy między Galicią a Asturią, a potem… Nic więcej nie pamiętam.
– Ja też nie. Było coś z jakimś samochodem, który nas dogonił i zatrzymał. Potem jakby wszystko zatarło mi się w pamięci.
Usiedli. Unni rozkaszlała się od kurzu, który podrywał się w górę od najmniejszego ruchu.
– Jak to możliwe, że razem trafiliśmy w to samo miejsce? – zachodził w głowę Antonio. – Mój Boże, przecież Galicię od Baskonii dzieli co najmniej sześćset kilometrów. Tymczasem jesteśmy tu oboje. Doprawdy, nic z tego nie mogę pojąć!
Wstał i uderzył głową o jakąś belkę. Zaklął dyskretnie.
– Ciasno tutaj – skomentowała Unni.
– To prawda. – Antonio próbował myśleć, lecz raczej nie dlatego rozcierał głowę. – Chodziło o coś z Veslą…
– Z Veslą? Ojej, na pewno nie dostałeś wiadomości! Vesla leży w szpitalu!
– Co?
Wybuch Antonia był tak gwałtowny, że kurz otoczył twarz Unni gęstą chmurą. Zabrakło jej tchu, zdołała jednak wykrztusić kilka uspokajających słów.
– Vesla już się dobrze czuje, dziecko też, jeszcze się nie urodziło. Ale przez moment sytuacja obojga była krytyczna. Przecież już od jakiegoś czasu Vesla skarżyła się na puchnięcie. Ciśnienie, zdaje się, niebezpiecznie jej podskoczyło.
