
Mężczyzn zresztą znalazła się ledwie garstka, wśród ludzi zebranych na rynku ogromną większość stanowiły kobiety.
Francuscy szlachcice wstrzymali konie i przyglądali się zgromadzonym. Na rynku zaległa cisza, gdy tak na-wzajem mierzyli się wzrokiem. Nadspodziewanie szybko zapadł zmierzch.
– Ty tam – władczo odezwał się baron do człowieka, który wyglądał na właściciela karczmy. Na wydatnym brzuchu zawiązany miał fartuch. – Podejdź tutaj.
Mężczyzna usłuchał bardzo niechętnie. Górale nie lubili, gdy im rozkazywano.
– Mówisz po niemiecku? – wrzasnął baron, przekonany, że krzyk jest najlepszym sposobem osadzania ludzi na właściwym miejscu.
Karczmarz wzruszył ramionami. Nikt inny nie zareagował, baron zrozumiał więc, że tutaj mówiono tylko miejscowym językiem, musiał zatem poprzestać na władczych, wymownych gestach. Nocleg, posiłek… Tylko na jedną noc.
Tyle zrozumieli. To dało się załatwić.
Yvesowi jednak nie spodobał się złośliwy uśmieszek, który na ułamek sekundy zagościł na twarzy jednego ze stojących bliżej mężczyzn.
Baron wolał jak najdłużej nie schodzić z końskiego grzbietu. Czuł się wtedy pewniej, patrzył na innych z góry.
– Czy możecie nam powiedzieć, jak daleko jest do Klausenburga?
– Kluża – poprawiając go mruknął Yves.
– Tak, naturalnie, Kluża.
Baron pytającym tonem powtórzył nazwę miasta, wskazując przy tym na wszystkie strony świata.
Ludzie spoglądali po sobie, nie odzywając się ani słowem.
– Hermannstadt – spróbował baron.
– Sybin – poprawił Yves.
– Tak, tak, Sybin – parsknął gniewnie jego stryj. – Kto prowadzi tę rozmowę, ty czy ja?
Yves z doświadczenia wiedział, że najmądrzej będzie, gdy zachowa milczenie.
Nazwa „Sybin” wywołała jednak pewien oddźwięk wśród zebranych. Francuzi usłyszeli, jak ktoś mruknął słowo Nagyszeben, węgierską nazwę Sybina; czy, jak mówili Niemcy, Hermannstadt.
