
– Spójrz! – zawołał Yves. – Droga, która z daleka wyglądała na całkiem zarośniętą, w rzeczywistości jest porządnym traktem!
– Tak, to prawda! Znika w dali za tą skałą. Prawdopodobnie jutro będziemy mogli ruszyć dalej. Musimy tylko najpierw się dowiedzieć, jak dotrzeć do Klausenburga.
– Kluża – poprawił Yves.
– Tak, oczywiście. Ci tubylcy nie rozumieją cywilizowanego języka, jakim jest niemiecki. O, słońce zniknęło za grzbietem górskim i w tej zapomnianej przez Boga dolinie zrobiło się nagle wprost makabrycznie. Czyżbyśmy naprawdę trafili na opuszczone miasteczko? Tego jeszcze brakowało!
Yves odpowiedział w zamyśleniu:
– Jedno mnie niepokoi. Cesarstwo austro-węgierskie nie ciągnie się w nieskończoność. Musimy uważać, byśmy nie dotarli do krainy barbarzyńców.
– Masz rację – kiwnął głową baron. – Rozmawialiśmy wszak z owym cywilizowanym człowiekiem w Peszcie. To on poradził nam, byśmy skierowali się tutaj, jako że i w Peszcie dało się odczuć niepokój niesiony prądem rewolucji. Mówił także, że na wschód od Siedmiogrodu rozciąga się chanat turecki, na południu także. Musimy się strzec, by nie wpaść w ręce Turków, z nimi nie ma żartów.
– Ale spójrz, tam! Tam są przecież ludzie!
Dotarli do niewielkiego, wyłożonego brukiem rynku. Najwyraźniej tu właśnie zbierali się po całodziennym znoju mieszkańcy osady. Francuzi dostrzegli także karczmę, a jej najbardziej potrzebowali. Znów obudziła się w nich iskra życia.
Stukot końskich kopyt zgasił rozmowy zgromadzonych ludzi i wszystkie twarze zwróciły się ku obcym.
Baron i Yves podczas swej wędrówki po Europie widzieli wiele rozmaitych kolorowych strojów ludowych. Tutaj jednak królował smutek. Czerń, niemal tylko czerń, gdzieniegdzie przełamana brązowymi lub szarymi wstawkami w kamizelce czy koszuli. Kobiety całe spowite były w czerń, spod chustek ledwie dostrzec się dało jaśniejsze plamy niechętnych, surowych twarzy. Oblicza i sylwetki mężczyzn przypominały skamieniałe drewno.
