
Nie był to nikt z wioski. To ktoś, kto schodził nocą z gór, by ukraść pożywienie, a jeśli któryś z mieszkańców stanął złodziejowi na drodze, ginął zawsze gwałtowną, nagłą śmiercią.
Widzieli ślady niezgrabnych butów lub raczej łapci, zrobionych najpewniej z kory. Dziwne ślady, które przerażały i wprawiały w osłupienie. Prawa stopa… Nie potrafili powiedzieć, co to jest. Dużo krótsza, jakby odrąbana…
Wystawiali więc straże. Gdy silni, niestrachliwi mężczyźni z wioski czatowali, by pojmać złodzieja i zabójcę, on wtedy jak gdyby… Tak, może to dziwne wyrażenie, ale przyszło na myśl wszystkim bez wyjątku. Wtedy on jak gdyby ich zwietrzył. Zwietrzył – nieprzyjemne słowo przywodzące na myśl zwierzę! Wyczuwali jego obecność w pobliżu… A potem nagle zniknął i nigdy już go we wsi nie widziano.
Z kraju jednak stopniowo napływały opowieści o istocie, która kryła się przed ludźmi, a w nocy okradała ich spichrze. O istocie, na którą wioskowe psy nie szczekały, lecz uciekały przed nią z podkulonym ogonem i żałosnym skomleniem.
Trasę wędrówki stwora po kraju dawało się prześledzić. Kierował się na południe krętą drogą, wzdłuż której od czasu do czasu znaleźć można było jego dziwne ślady. Zwano je śladami Szatana. A ze śladami Szatana szła w parze krew i śmierć.
Czasami znikał na długo, jakby pochłonęła go ziemia, i ludzie znów mogli odetchnąć z ulgą. Po pewnym jednak czasie ślady na powrót się pojawiały, straszliwsze niż kiedykolwiek przedtem.
Wydawało się, że stwór posiada ogromną siłę, a sposób, w jaki poszczególne ofiary ponosiły śmierć, bardzo się różnił. Czasami też obwiniano go o czyny, których nigdy nie popełnił. Wygodnie było mieć kozła ofiarnego. Kiedy owce zginęły z pastwiska, od razu histerycznie krzyczano o niedźwiedziu czy wilku, a kiedy w sporze o miedzę zdarzyło się zabić sąsiada, wtedy mówiono, że potwór znów grasuje…
