Pewnej księżycowej nocy znany w okolicy pijaczyna zataczając się wracał z gospody do domu. Gdzieś w połowie drogi zasnął w rowie wśród stokrotek i dzwonków.

Ocknął się w wyjątkowo niedobrej formie, przeświadczony, że życie jest piekłem, a jego los gorszy niż wszystkich innych na ziemi.

– Niech to diabli porwą – wymamrotał gniewnie, czkając. – Oby sam Szatan…

Wtedy usłyszał kroki.

Osobliwe, nierówne kroki. Stuk-szur, stuk-szur…

W jednej chwili niemal całkiem wytrzeźwiał. Serce zaczęło mu walić jak młotem, choć jeszcze nie w pełni ogarniał sytuację. Od świata zewnętrznego nadal oddzielała go zasłona odurzenia.

To na pewno Ten z Kopytami po mnie przychodzi, pomyślał na wpół przerażony, na wpół rozbawiony w przypływie wisielczego humoru. W domu zawsze powtarzali, że niebezpiecznie jest go wzywać.

Z wysiłkiem otworzył oczy i ujrzał zamglony księżyc nad wzgórzem, za którym znikała droga.

Kroki dochodziły właśnie stamtąd.

Pijak zamrugał, by widzieć wyraźniej. Potrząsnął głową, co wywołało falę mdłości; przestał się więc poruszać.

Ale tam coś było! Coś wielkiego, ogromnego schodziło ze wzgórza, kierując się w jego stronę…

Nigdy już nie będę pił, powtarzał w myślach. Dobry Jezu, jeśli mnie teraz wybawisz, obiecuję, że od tej chwili zawsze będę kroczył Twoją ścieżką, obiecuję, obiecuję…

Niebiosa chyba jednak uznały, że za późno już na skruchę. „Coś” zatrzymało się na szczycie wzgórza. Stało tak, obracając powoli głową, jakby czegoś szukało. Mężczyzna w rowie obserwował zjawę jak skamieniały, szczękając ze strachu zębami, aż w końcu z jego ust wydobył się cichy, drżący jęk przerażenia.

Oczy stwora natychmiast rozbłysły, przez moment stał całkiem nieruchomo, po czym znów dało się słyszeć nierówne stąpanie, które zbliżało się szybciej, niż można się było spodziewać.

Straszliwa postać pochyliła się nad mężczyzną, wydawało się, że przesłania księżyc i całe niebo.



6 из 192