
– Proszę nie spać, młody człowieku – zaskrzeczał Mühlhaus. – Wiem, że jest pan zmęczony.
Zabębnił żółtymi palcami o blat biurka: dziadek udzielił wnukowi napomnienia.
– Pan musi znaleźć mordercę, Eberhardzie. Wie pan, co będzie, jeśli go pan nie znajdzie? Ja za miesiąc idę na emeryturę. A pan? Zamiast przyjść na moje miejsce, co jest wcale prawdopodobne, zostanie pan na przykład komendantem Bahnschutzu w Obornikach Śląskich albo będzie pan pilnował stawów rybnych koło Lubina jako komendant tamtejszej Fischereipolizei. Dobrze pan zna von der Maltena. Jeśli nie znajdzie pan mordercy, on się na panu zemści. A jest ciągle bardzo wpływowy. Ach, zapomniałbym… Niech pan uważa na Maxa Forstnera. Dzięki niemu gestapo wie o każdym naszym kroku.
Mock podziękował za wskazówki i poszedł do swojego gabinetu. Spojrzał przez okno na fosę miejską obrzeżoną starymi kasztanowcami i na zalany słońcem Schlossplatz, po którym maszerowała orkiestra wojskowa, ćwicząc przed jutrzejszym Festynem Wiosny. Słoneczne światło otoczyło głowę Mocka bursztynową aureolą. Zamknął oczy i znów zobaczył odtrąconą kaleką dziewczynkę znad rzeki. Widział także zbliżającą się z daleka żonę zarządcy – obiekt swych młodzieńczych pożądań.
Dzwonek telefonu przeniósł go z powrotem do Prezydium Policji. Przeczesał palcami lekko przetłuszczone włosy i podniósł słuchawkę. Telefonował Kleinfeld.
– Panie radco, ostatnim człowiekiem, który widział denatki żywe, jest kelner Moses Hirschberg. Przesłuchaliśmy go. O północy podawał paniom kawę w salonce.
