
– Gdzie wtedy był pociąg?
– Między Legnicą a Wrocławiem, za Malczycami.
– Czy między Malczycami a Wrocławiem pociąg miał jakiś przystanek?
– Nie. Mógł jedynie czekać na zielone światło we Wrocławiu, przed samym dworcem.
– Dziękuję, Kleinfeld. Sprawdźcie dokładnie tego Hirschberga – czy nie mamy czegoś na niego.
– Tak jest.
Telefon zadzwonił po raz drugi.
– Panie radco – odezwał się baryton Forstnera. – Profesor Andreae rozpoznał alfabet jako starosyryjski. We wtorek dostaniemy przekład.
Telefon zadzwonił po raz trzeci.
– Tu rezydencja barona von der Maltena. Pan baron oczekuje pana radcę tak szybko, jak to możliwe.
Mock odrzucił pierwszą myśl, aby zwymyślać zuchwałego majordomusa i zapewnił, że za chwilę przyjedzie. Kazał Forstnerowi, który dopiero co przyjechał z uniwersytetu, zawieźć się na Eichen Allee l3, gdzie mieszkał baron. Rezydencję oblegali żurnaliści, którzy – zobaczywszy parkującego adlera – podbiegli do policjantów. Ci minęli ich bez słowa i weszli na teren posiadłości von der Maltenów, wpuszczeni przez strażnika. W hallu powitał ich kamerdyner Matthias.
– Pan baron życzy sobie widzieć jedynie pana radcę.
Forstner nie mógł ukryć zawodu, Mock uśmiechnął się w duchu.
Gabinet barona ozdabiały sztychy pełne okultystycznej symboliki. Wiedzy tajemnej dotyczyły także niezliczone woluminy jednakowo oprawione w wiśniową skórę. Słońce przebijało się z trudem przez ciężkie, zielone zasłony oświetlając cztery porcelanowe słonie unoszące glob ziemski na swych grzbietach. W półmroku błyszczał srebrny model sfer niebieskich z Ziemią pośrodku. Głos Oliviera von der Maltena, dobiegający z bawialni sąsiadującej z biblioteką, odwrócił uwagę Mocka od geocentrycznych kwestii.
– Nie masz dzieci, Eberhardzie, daruj więc sobie kondolencje. Wybacz tę formę rozmowy – przez drzwi. Nie życzę sobie, abyś mnie oglądał. Znałeś Mariettę od dziecka…
