Zrobiłem błąd – pomyślał ze znużeniem Joe. Nie spał wprawdzie od dwudziestu czterech godzin, ale to go nie usprawiedliwiało. Krytykowanie miejscowych policjantów zawsze przynosiło więcej szkody niż pożytku, nawet jeśli się miało rację. Bosworth prawdopodobnie był niezłym gliniarzem i zachowywał się przyzwoicie, dopóki Joe nie skrytykował jego raportu.

– Przepraszam, nie chciałem nikogo urazić.

– Czuję się urażony. Nie ma pan pojęcia, jakie tu mamy kłopoty. Czy wie pan, ilu turystów przyjeżdża każdego roku? Ilu ginie w górach, ilu jest rannych? To, że prawie nie zdarzają się u nas morderstwa czy handel narkotykami, nie oznacza, że nie mamy nic do roboty. Dbamy nie tylko o naszych mieszkańców, lecz także o każdego gogusia, który przyjeżdża z Atlanty, rozbija namiot w lesie, spada w przepaść i…

– Dobrze, już dobrze. – Joe podniósł do góry obie ręce. – Przecież przeprosiłem. Nie chciałem bagatelizować pańskich kłopotów. To pewno zazdrość przeze mnie przemawia. – Potoczył wzrokiem po górach i wodospadach. Nawet obecność policjantów, którzy kręcili się wszędzie, zabezpieczając ślady, nie umniejszała piękna przyrody. – Chciałbym tu mieszkać i budzić się codziennie rano w tak cudownym spokoju.

– To miejsce należy do Boga – powiedział lekko ugłaskany Bosworth. – Indianie nazywali te wodospady spadającym światłem księżyca. I nigdy nie było tu żadnych szkieletów – dodał zgryźliwie. – To na pewno ktoś od was. Nasi mieszkańcy nie zabijają się wzajemnie i nie zakopują zwłok w ziemi.

– Być może. Choć trudno mi sobie wyobrazić, żeby ktoś przewoził ciało na taką odległość. Z drugiej strony w dzikiej głuszy zwłoki mogą leżeć całe lata, nim ktoś je znajdzie.

Bosworth pokiwał głową.

– Żeby nie te deszcze i obsunięcie się ziemi, szkielet leżałby tu dwadzieścia albo trzydzieści lat.

– Kto wie, może już tak długo leżał. Nie będę panu przeszkadzał. Jestem pewien, że lekarz sądowy zechce zobaczyć kości.



2 из 285