— Panie Riley — rzekł Laurence do drugiego oficera — niech nasi ludzie zniosą rannych pod pokład. — Zaczepił sobie u pasa szpadę kapitana; uważał, że tamten nie zasługuje na przywilej otrzymania broni z powrotem, który zazwyczaj przyznawał. — I proszę przekazać panu Wellsowi, by był uprzejmy się tu zjawić.

— Oczywiście, sir — odparł Riley i odwrócił się, by przekazać dalej rozkazy.

Laurence stanął przy relingu i spojrzał w dół, żeby zobaczyć, jak bardzo ucierpiał kadłub Amitie. Nie wyglądało to najgorzej; wcześniej wydał rozkaz swoim ludziom, aby nie strzelali poniżej linii wodnej, dzięki czemu teraz będzie można łatwo zaholować okręt do portu.

Kosmyk włosów, który wysunął się z jego krótkiego warkocza, opadł mu na oczy. Odsunął go niecierpliwie, pozostawiając na czole i spłowiałych od słońca włosach krwawe smugi i odwrócił się; te ślady krwi w połączeniu z surowym spojrzeniem i szerokimi barami nadawały mu podczas lustracji pryzu dość dziki wygląd, kłócący się z jego zwykle zamyślonym wyrazem twarzy.

Z luku wynurzył się Wells i stanął u jego boku.

— Sir — odezwał się, nie czekając, aż kapitan zwróci się do niego pierwszy — przepraszam, ale porucznik Gibbs mówi, że pod pokładem znajduje się coś dziwnego.

— Tak? Zaraz tam pójdę — odparł Laurence. — Proszę powiedzieć temu dżentelmenowi — wskazał na francuskiego kapitana — że musi dać mi słowo honoru, za siebie i swoich ludzi, bo inaczej będę zmuszony ich uwięzić.

Francuski kapitan nie odpowiedział od razu; spojrzał przygnębiony na swoich ludzi. Z pewnością lepiej by było, gdyby zostali rozlokowani na niższym pokładzie, a próba odzyskania okrętu nie wchodziła w grę w tych okolicznościach; mimo to wahał się, lecz wreszcie oklapł i wychrypiał z jeszcze bardziej nieszczęśliwą miną:



2 из 297