— Je me rends.

Laurence odpowiedział krótkim skinieniem głowy.

— Może iść do kajuty — powiedział do Wellsa, po czym odwrócił się, by zejść do ładowni. — Będziesz mi towarzyszył, Tom? To doskonale.

Zszedł z Rileyem pod pokład, gdzie już czekał pierwszy oficer. Owalna twarz Gibbsa lśniła od potu i podniecenia; miał odprowadzić do portu pryz, a ponieważ była to fregata, należało przypuszczać, że otrzyma awans na kapitana. Laurence nie był z tego aż tak bardzo zadowolony; choć Gibbs spełniał swoje obowiązki poprawnie, to został mu narzucony przez Admiralicję i nigdy nie zbliżyli się do siebie. Wcześniej widział Rileya na miejscu pierwszego oficera, tak więc gdyby cokolwiek zależało od niego, to teraz Riley szykowałby się do awansu. Ale taka już była natura służby, dlatego nie miał nic przeciwko szczęściu Gibbsa, chociaż bardziej by się cieszył, gdyby to Tom dostał swój okręt.

— No, dobrze, o co chodzi? — zapytał Laurence.

Marynarze, zamiast zająć się sprawdzaniem zasobów zdobytego okrętu, stali skupieni przy dziwnie umieszczonej grodzi w rufowej części pokładu artyleryjskiego.

— Sir, tutaj, proszę — rzekł Gibbs. — Zróbcie przejście — polecił, a marynarze, odsunęli się, ukazując drzwi w ścianie oddzielającej tylną część pokładu, zbudowanej całkiem niedawno, jako że drewno, z którego ją wykonano, było wyraźnie jaśniejsze niż reszta.

Schyliwszy głowę, wszedł przez drzwi i znalazł się w niewielkim, dość dziwnym pomieszczeniu. Jego ściany obito metalowymi wzmocnieniami, co z pewnością niepotrzebnie obciążyło okręt, podłogę zaś wyłożono starym płótnem żaglowym. W kącie stał nieduży piecyk węglowy, obecnie wygaszony. Jedynym przedmiotem, jaki tam umieszczono, była duża skrzynia, sięgająca do pasa mężczyzny i równie szeroka, którą umocowano pewnie do ścian i podłogi cumami przywiązanymi do metalowych pierścieni.



3 из 297