
– Na miłość boską! – wykrzyknęła Dawn z rozpaczą i odciągnęła od niego dziecko. – Ta śliczna nowa sukienka. Kosztowała majątek, a popatrz tylko na nią! – zaczęła otrzepywać materiał z suchych skrawków liści i trawy, ze złością spoglądając na dziewczynkę.
Uśmiech dziecka zniknął.
– Zostaw ją w spokoju – powiedział Carlo. – Czy to ważne, jak wygląda? Przecież się bawi.
W tym momencie z zagajnika wyłoniła się młoda kobieta, nie! raczej dziewczyna. Jej miękkie, brązowe włosy były niedbale upięte. Miała na sobie spłowiały bawełniany podkoszulek i stare dżinsy, obcięte tuż poniżej kolan, odsłaniające szczupłe, opalone łydki i bose stopy. Choć nie było w nim nic z poety, Carlo pomyślał nagle, że nieznajoma przypomina leśną nimfę.
– O, jesteś – zawołała i Louisa podbiegła do niej.
– Czemu mi uciekłaś, małpeczko?
– Widzisz, mówiłam ci, że Serena się nią zajęła – stwierdziła Dawn.
– Jak widać, nie do końca – odparł zimno Carlo i podniósł się uprzejmie, aby powitać kuzynkę żony.
– Sereno, kochanie, to mój okropny mąż – powiedziała figlarnie Dawn. – Zdołał jakoś, na pięć minut, oderwać się od pracy i odszukał mnie tutaj.
Serena nie roześmiała się. Podała Carlowi rękę, on zaś ujął ją i poczuł prawdziwy wstrząs dotykając tej miękkiej dłoni. Ona tymczasem wolną ręką odgarnęła niesforny kosmyk włosów, który opadł jej na twarz. Przywitała go z powagą, a jej zielone oczy zmierzyły go od stóp do głów, jakby poddając ocenie. To badawcze spojrzenie zirytowało Carla. Przywykł, że to on ocenia ludzi.
– I co? – spytał zimno. – Czy sądzisz, że jestem okropny?
Sam nie wiedział, czemu zadał jej to pytanie – wymuszone żarty były obce jego naturze. Zmieszanie Carla jeszcze wzrosło, gdy dziewczyna puściła jego dłoń i stwierdziła cicho:
