Lewis wyszedł zza gęstwiny, która niegdyś była sadem. Kilka drzew — poskręcane, sękate i poszarzałe ze starości — wciąż rodziło nędzne i gorzkie jabłka.

Zatrzymał się na skraju zagajnika i chwilę spoglądał na budynek stojący powyżej na szczycie wzniesienia. Przez krótką chwilę wydawało mu się, że dom jest oświetlony osobliwym światłem, jak gdyby czyste promienie słońca przenikały go, by wyróżnić spośród innych domów na świecie. Skąpana w świetle bryła budynku wyglądała trochę nieziemsko, jakby naprawdę została specjalnie wyróżniona. Ale po chwili dziwny blask — jeżeli w ogóle istniał — znikł nagle i dom oświetlały promienie słoneczne wspólne dla pól i lasów.

Lewis potrząsnął głową i zdecydował, że to głupota albo jakieś złudzenie. Nie ma przecież żadnych osobliwych promieni słonecznych, a dom jest tylko domem, choć zachował się w znakomitym stanie.

Takich budynków nie widuje się często w obecnych czasach. Dom zbudowany na prostokącie: długi, wąski i wysoki, ze staromodnymi ozdobami na okapie i zwieńczeniu dachu. Sprawiał wrażenie nieprzytulnego, co nie miało nic wspólnego z jego wiekiem. Taki był od początku: surowy, mocny i prosty, jak ludzie, którym udzielał schronienia. Utrzymany był w dobrym stanie, nie łuszczyła się na nim farba, nie odpadał tynk — z pewnością nie zagrażała mu ruina. Przy bocznej ścianie znajdowała się niewielka przybudówka, jakby przywieziona i oparta o ścianę, by osłonić drzwi do kuchni. Lewis pomyślał, że drzwi na pewno prowadzą do kuchni. Przybudówka najwyraźniej służyła do przechowywania butów, kaloszy i płaszczy. Stała tam zapewne ława na wiadra i bańka na mleko oraz kobiałka na jaja. Z dachu przybudówki wystawała metrowej długości rura piecyka.



10 из 176