„Może ta przybudówka — pomyślał Lewis — z jakichś zaskakujących powodów jest tylko na pokaz. Być może przygotowano ją starannie, aby wyglądała na mieszkanie Wallace’a. Może on jednak mieszka w domu. Jeśli to prawda, po co ta cała maskarada.”

Odwrócił się i wyszedł z przybudówki. Okrążył dom i stanął przed gankiem wiodącym do głównego wejścia. Popatrzył wokół. Panował spokój. Świeciło wczesne, przedpołudniowe słońce, zapowiadał się ciepły dzień. Ukryty zakątek trwał cicho i leniwie, czekając upału.

Spojrzał na zegarek. Zostało mu czterdzieści minut, wszedł więc po schodach na ganek i zbliżył się do drzwi. Wyciągnął rękę, chcąc przekręcić gałkę. Ale ta się nie przekręciła. Zaskoczony, spróbował jeszcze raz i znów bezskutecznie. Palce ślizgały się na gałce jak po lodzie, nie mogąc w żaden sposób jej uchwycić ani poruszyć.

Pochylił się nisko, by sprawdzić, czy gałka nie jest czymś powleczona — nie znalazł niczego takiego. Wszystko wyglądało normalnie — zbyt normalnie. Gałka była czyściutka, jakby ktoś ją przetarł i wypolerował. Ani śladu kurzu, żadnego nalotu. Spróbował zadrapać paznokciem kciuka — palec ześliznął się, nie pozostawiając śladu. Pogładził dłonią powierzchnię drzwi — drewno też było śliskie. Nacisk dłoni nie powodował tarcia. Ręka zsunęła się, jakby była posmarowana tłuszczem. Nie zauważył niczego, co mogłoby wyjaśnić to zjawisko.

Odsunął się od drzwi i podszedł do ściany; deski okazały się śliskie. Próbował paznokciem i całą dłonią — efekt ten sam. Dom pokryty był warstwą czegoś przezroczystego i śliskiego zarazem, gładkiego na tyle, że nie przylegał do tego kurz ani nie wpływały na to warunki pogodowe.



12 из 176