
Zbliżył się do przekrzywionej furtki i wszedł przez nią. Stanął przy jednym z grobów i przeczytał napisy na kamieniach. Wyryto je niezręcznie; z pewnością były dziełem niewprawnych rąk. Nie umieszczono na kamieniach żadnych pobożnych sentencji, linijki wiersza ani aniołów, baranków czy innych symboli tak modnych w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku. Tylko nazwiska i daty.
Na pierwszym kamieniu: Amanda Wallace 1821-1863.
Na drugim: Jedediasz Wallace 1816-1866.
A na trzecim…
4.
— Niech pan mi da ten ołówek — poprosił Lewis.
Hardwicke przestał toczyć ołówek w dłoniach i podał go ponad biurkiem.
— Kartkę też? — spytał.
— Proszę — mruknął Lewis. Pochylił się nad biurkiem i szybko coś narysował.
— Oto on — rzekł, podając kartkę.
Hardwicke zmarszczył brwi.
— Ależ to nie ma sensu — powiedział. — Oprócz tego znaku pod spodem.
— Leżąca ósemka. Tak, wiem. Symbol nieskończoności.
— A reszta?
— Nie mam pojęcia — odrzekł Lewis. — To napis na nagrobku.
Skopiowałem go.
— I teraz go pan zna na pamięć.
— Nic dziwnego. Długo nad tym myślałem.
— W życiu nie widziałem czegoś podobnego — stwierdził Hardwicke. — Nie jestem autorytetem. Naprawdę nie orientuję się w tej mierze.
Nie musi się pan wysilać. Nikt nie ma zielonego pojęcia, co to jest. W najmniejszym stopniu nie przypomina to żadnego języka. Pytałem fachowców. Nie jednego, kilkunastu. Powiedziałem im, że to było wykute w skale urwiska. Jestem pewien, że większość z nich wzięła mnie za wariata. Jednego z tych, którzy chcą dowieść, że Rzymianie, Fenicjanie czy Irlandczycy zakładali przed przybyciem Kolumba osady w Ameryce. Hardwicke położył kartkę na biurku.
