
Hardwicke wstał zza biurka i zaczął chodzić po pokoju tam i z powrotem.
— Wie pan co, Lewis — powiedział — gdyby pan mi się nie wylegitymował i gdybym pana nie sprawdził, potraktowałbym to wszystko jako bardzo głupi kawał. — Wrócił na miejsce i usiadł. Wziął do ręki ołówek i znów zaczął toczyć go w dłoniach. — Prowadził pan tę sprawę przez dwa lata — stwierdził. — Nie ma pan żadnego pomysłu?
— Żadnego. Pojęcia nie mam, co z tym zrobić. Dlatego tu jestem.
— Niech pan mi jeszcze opowie o tym Wallasie. Co się działo z nim po wojnie secesyjnej?
— Umarła mu matka — powiedział Lewis. — Nie było go przy tym. Jego ojciec i sąsiedzi pochowali ją na farmie. Tak wtedy się robiło. Młody Wallace dostał przepustkę, ale nie zdążył na pogrzeb. Wtedy nie balsamowano zwłok, a podróż trwała długo. Potem wrócił na wojnę. O ile wiem, był to jego jedyny urlop. Stary Wallace świetnie dawał sobie radę na farmie. Jak dalece mogłem się zorientować, był dobrym farmerem, wyjątkowo dobrym jak na tamte czasy. Prenumerował kilka czasopism rolniczych i wprowadzał innowacje. Przywiązywał wagę do takich rzeczy jak płodozmian i zapobieganie erozji gleby. Jego farma nie przypominała oczywiście dzisiejszych, ale mógł z niej wyżyć i trochę zaoszczędzić. Enoch wrócił z wojny i razem uprawiali ziemię przez rok czy dwa. Stary kupił kosiarkę — taką maszynę, którą ciągnął koń, z podłużnym ostrzem do ścinania trawy i zboża. Bardzo nowoczesna — w porównaniu z machaniem sierpem. Pewnego popołudnia poszedł kosić. Konie poniosły. Coś musiało je wystraszyć. Ojciec Enocha spadł z siedzenia i dostał się pod ostrze. Niezbyt przyjemna śmierć.
Hardwicke skrzywił się.
— Okropne — powiedział.
Enoch przyniósł ciało ojca do domu, potem wziął broń i poszedł szukać koni. Znalazł je na skraju pastwiska, zastrzelił oba i zostawił. Dosłownie. Ich szkielety latami leżały na łące, zaprzężone do kosiarki, dopóki uprząż nie zgniła.
