
— Powiedział pan, że ci ludzie nie rozmawiają z obcymi.
Skąd pan tyle wie?
— Zajęło mi to dwa lata. Kupiłem starego gruchota, pojechałem do Millville i rozpowiedziałem, że jestem poszukiwaczem żeń-szenia.
— Kim?
— Poszukiwaczem żeń-szenia. Żeń-szeń to taka roślina.
— Tak, wiem. Ale od lat nikt tego nie kupuje.
— Kupuje niewielu i to rzadko. Czasem na eksport. Dlatego szukałem też innych leczniczych ziół i udawałem, że mam szeroką wiedzę na temat ich stosowania. „Udawałem” to nie jest właściwe słowo — sporo wkułem.
— Taka prosta dusza, którą tamci potrafią zrozumieć — podsumował Hardwicke. — Powrót do natury. Nieszkodliwy dziwak, trochę niespełna rozumu.
Lewis przytaknął.
— Wyszło lepiej, niż się spodziewałem. Wędrowałem, znalazłem nawet trochę żeń-szenia, a ludzie opowiadali mi różne rzeczy. Szczególnie rodzina Fisherów; mieszka w dole rzeki, za farmą Wallace’a stojącą na wzniesieniu. Oni tam są tak długo jak rodzina Wallace’a, ale to zupełnie inny typ ludzi. Fisherowie polują, łowią i pędzą bimber. Odkryli we mnie bratnią duszę.
Byłem tak samo niezaradny, jak swego czasu oni. Pomagałem im przy bimbrze; pędziliśmy razem, piliśmy, czasem się sprzedawało. Chodziłem z nimi na ryby, na polowania, siadywałem, żeby trochę pogadać; pokazali mi parę miejsc, gdzie mogłem znaleźć żeń-szeń — „sang”, jak go nazywają. Sądzę, że dla socjologa Fisherowie byliby kopalnią wiadomości. Mają córkę — niemowę. Jest śliczna i potrafi wywabiać czarami kurzajki.
