
Gdy usłyszałam o wypadku, niemal się ucieszyłam, sądząc, że rannym będzie Sommaradvanin, któremu oczywiście umiałabym pomóc. Potem jednak zobaczyłam rannego Ziemianina, którego miejscowy lekarz nie śmiałby tknąć, gdyż był uzdrawiaczem sług. Ofiara nie była wprawdzie naszym wojownikiem, jednak należało ją zaliczyć do wojowników, na dodatek tych, którzy ucierpieli w trakcie wypełniania swoich obowiązków. Nie znam waszych miar czasu, ale wypadek zdarzył się tuż przed wschodem słońca, a gdy dotarłam nad brzeg jeziora, zbliżała się pora rannego posiłku. Nie dysponowałam wiedzą na temat anatomii pacjenta czy podawania leków, musiałam więc dokładnie wszystko rozważyć. Wzięłam pod uwagę nawet takie rozwiązania, jak wykrwawienie się na śmierć albo, w litościwszej wersji, utopienie go w jeziorze. — Przerwała na chwilę, bo wydało jej się, że O’Mara doznał przejściowej blokady górnych dróg oddechowych. — Po serii badań i ocenie ryzyka wczesnym popołudniem rozpoczęłam operację. Nie wiedziałam wtedy, że Chiang jest dowódcą statku.
Obaj Ziemianie wymienili spojrzenia.
— Czyli zaczęła pani operować jakieś pięć, sześć godzin później. Czy podejmowanie zawodowych decyzji zwykle trwa u was tak długo? A zrobiłoby różnicę, gdyby znała pani status Chianga?
— To naprawdę było wielkie ryzyko, a nie chciałam dopuścić do utraty kończyny — powtórzyła zdecydowanie, wyczuwając krytycyzm. — Różnicę zaś, owszem, zrobiłoby. Wojownik — chirurg zajmuje niższą pozycję niż władca, podobnie jak lekarz sług stoi niżej niż wojownik. Nie wolno mi wykraczać poza moje kwalifikacje. Nasze prawo, chociaż łagodniejsze obecnie, przewiduje surowe kary za naruszenie tej zasady. Jednak to była na pewno wyjątkowa sytuacja. Bałam się, ale też chciałam sprostać wyzwaniu, więc ostatecznie i tak zapewne zaczęłabym działać.
— Cieszę się, że zwykle nie przekracza pani swoich kompetencji…
— Dobrze, że raz zdarzyło się inaczej — wtrącił Chiang.