
Rozległ się trzask rozszczepianego drewna i z jednego z boków skrzyni odpadł kawał deski. Z ciemności powstałego otworu spojrzały na Dennisa dwa zielone światełka.
Dennis mógł tylko przypuszczać, że są one oczami, małymi i rozstawionymi nie bardziej niż o kilka centymetrów. Zdawało się, że te zielone iskierki skupiły się wyłącznie na nim, nie pozwalając mu odwrócić wzroku. Patrzyli na siebie — Ziemianin i obcy.
Brady wrzeszczał do grupy roboczej, która wbiegła do pokoju.
— Szybko! Przynieście sieć, bo on może skoczyć! Uważajcie, żeby nie wypuścił innych zwierząt, jak poprzednim razem!
Dennis czuł się coraz bardziej niepewnie. Spojrzenie zielonych oczu budziło niepokój. Rozejrzał się za miejscem, w które mógłby odłożyć trzymaną w dłoniach ciężką tekę.
Istota jakby podjęła decyzję. Przecisnęła się przez wąską szczelinę pomiędzy deskami, potem skoczyła — akurat w takim momencie, w którym mogła uniknąć opadającej sieci.
Dennis zobaczył, że wygląda ona jak mały, płaskonosy prosiak. Ale cóż to był za prosiak! W skoku jego nogi rozłożyły się, z trzaskiem otwierając parę tworzących skrzydła membran!
— Zajdź jej drogę, Nuel! — krzyknął Brady.
Dennis nie miał wielkiego wyboru. Istota leciała wprost na niego! Próbował się uchylić, lecz było już za późno. „Latający prosiak” wylądował na jego głowie i wczepił się we włosy, piszcząc jak oszalały.
Zaskoczony, wypuścił z dłoni ciężką biochemiczną rozprawę, która nieomylnie wylądowała mu na stopie.
— Aj! — Podskoczył, sięgając jednocześnie w górę, żeby złapać niepożądanego pasażera.
„Prosiak” pisnął głośno i płaczliwie. Brzmiał w tym pisku raczej strach niż gniew i Dennis w ostatnim momencie zrezygnował z zamiaru użycia siły. Zamiast tego dość delikatnie odsunął jedną z zaopatrzonych w płetwy łapek od swego oka — we właściwej chwili, żeby klnąc, uchylić się przed ciśniętym przez Brady’ego kluczem nasadowym! Pocisk minął jego głowę zaledwie o centymetry.
