
— Oskubany ptak.
— Czy ktoś mógłby obliczyć prawdopodobieństwo napotkania takiego drobiu w przestrzeni kosmicznej?
— To pewnie asteroida, która przypadkiem przybrała taki kształt…
— I lata sobie dwa lata świetlne od najbliższej gwiazdy?
— Proszę o ciszę — odezwał się kapitan. — Co z analizą? Meldować.
— Szacunkowe rozmiary: prawie jedna trzecia naszego statku — rozległo się po chwili. — Niewielkie albedo, obiekt nie jest ani metaliczny, ani kamienny i…
— Bardzo się cieszę, że już wiemy, co to nie jest… — przerwał meldunek kapitan.
— To jest organiczne, sir.
— Słucham?
— I żywe.
Wszyscy obecni w centrali na kilka sekund wstrzymali oddech.
— Siłownia: moc manewrowa za pięć minut — rozkazał w końcu kapitan. — Astrogacja: kursy i parametry podejścia na pięćset jardów. Centrala ogniowa: pogotowie. Porucznik chirurg Brenner niech się szykuje do zbadania obiektu.
Pogawędki ustały jak nożem uciął.
Przez następne cztery godziny Brenner miał pełne ręce roboty. Najpierw obejrzał sobie obiekt z bezpiecznej odległości, potem z bliska, na ile tylko skafander pozwalał. Szybko doszedł do wniosku, że wstępna analiza była zbyt optymistyczna i tak naprawdę mają raczej do czynienia z nie wystygłym do końca trupem. Z pewnością ów „ptaszek” nie stanowił żadnego zagrożenia, gdyż nawet gdyby chciał, i tak nie mógłby się poruszać. Cały pokryty był czymś, co wyglądało jak spłaszczone skorupy małży spojone niezwykle twardym betonem.
Składając meldunek, porucznik powiedział:
— Podsumowując, sir, stworzenie zdaje się cierpieć na osobliwą chorobę skóry, która je sparaliżowała, i zapewne tylko dlatego znalazło się aż tutaj. Samo by tu nie doleciało. To sugeruje, że mamy do czynienia z rasą zdolną do podróży kosmicznych, a zarazem tak panicznie obawiającą się tej choroby, że zwykła wystrzeliwać zarażonych w daleką próżnię jeszcze za życia.
