
Kapitan po chwili milczenia pokiwał głową.
— A ja tam byłem — powiedział. — Rzeczywiście. Niektóre mają nawet więcej nóg.
Widoczny na ekranie tendra Szpital Kosmiczny Sektora Dwunastego wisiał w próżni niczym olbrzymia cylindryczna choinka. Z jego iluminatorów nieustannie biło światło o rozmaitej barwie i intensywności odpowiadające wymaganiom rozmaitych gatunków pacjentów oraz personelu, a na trzystu osiemdziesięciu czterech poziomach tej konstrukcji stworzono warunki środowiskowe, w jakich żyły wszystkie znane Federacji istoty inteligentne, począwszy od kruchych mieszkańców metanowych olbrzymów, przez tleno— i chlorodysznych, po stworzenia, które nie mogłyby przetrwać bez twardego promieniowania.
Nieustannie zmieniającymi się pacjentami Szpitala opiekowała się także cała rzesza personelu medycznego i technicznego sześćdziesięciu gatunków, różniących się nie tylko wyglądem, zachowaniem i wydzielanymi zapachami, ale także filozofią życiową.
Personel Szpitala szczycił się tym, że nie ma dlań pacjentów za małych ani za dużych i przypadków beznadziejnych, a kwalifikacje lekarzy oraz wyposażenie medyczne nie mają sobie równych w znanym wszechświecie. I chociaż cały personel poważnie traktował swoją pracę, nie zawsze zachowywał przy tym powagę, toteż nic dziwnego, że i tym razem starszy lekarz Conway nabrał przekonania, iż ktoś tu sobie z niego żartuje.
— No to zobaczmy — rzucił oschle. — Jakoś nie mogę w to uwierzyć.
Siedząca obok niego patolog Murchison patrzyła na to, co przyholował Torrance, bez komentarzy. Prilicla, który przycupnął na suficie centrum kontrolnego, zadrżał lekko i powiedział:
