
Brenner pokręcił głową.
— Kapitan chce tu spędzić trochę czasu, więc chętnie skorzystam z okazji. Jeśli to możliwe, oczywiście. Pierwszy raz jestem w takim szpitalu. Nawiasem mówiąc, macie tu wśród personelu wiele Ziemianek?
Jeśli pytasz o Ziemianki w rodzaju Murchison, to odpowiedź brzmi nie, pomyślał Conway, a powiedział:
— Chętnie przyjmiemy pańską pomoc, ale to pytanie o ludzki personel zabrzmiało dość niepokojąco, poruczniku. Czyżby cierpiał pan na utajoną ksenofobię? Źle się pan czuje w towarzystwie obcych?
— W żadnym razie — odparł zdecydowanie Brenner. — Chociaż na pewno nie ożeniłbym się z obcą — dodał po chwili.
Prilicla znowu zadrżał i zaćwierkał melodyjnie. Translator niemal natychmiast przełożył jego słowa:
— Sądząc po nagłym przypływie miłej emocjonalnej aury, co nie wydaje się uzasadnione ani sytuacją, ani treścią rozmowy, ktoś pozwolił sobie na to, co Ziemianie nazywają żartem.
Na poziomie sto trzecim Prilicla odłączył od grupy, która nadzorowała przenoszenie do hangaru wielkiej ptakopodobnej istoty. Gdy Conway patrzył na częściowo złożone sztywne skrzydła i wyciągniętą szyję, przypomniał sobie zdjęcia dawnych wahadłowców. Jego myśli zaczęły dryfować ku tak odległym obszarom, że w pewnej chwili musiał sobie na nowo wbić do głowy, iż ptaki nie latają w przestrzeni kosmicznej.
Wstępnie unieruchomiwszy pacjenta sztucznym ciążeniem o wartości jeden G, całe trzy godziny pobierali kolejne próbki i robili prześwietlenia. Opóźnienie spowodowała Murchison, która się uparła, że powinni to robić w próżni, musieli zatem pracować w skafandrach. Patolog obawiała się, że powietrze mogłoby spowodować szybki rozkład ciała.
Niemniej z każdą minutą wiedzieli coraz więcej, a przenośny zestaw łączności ciągle przekazywał nowe wyniki testów prowadzonych na patologii. Wszystko to tak pochłonęło Conwaya, że dopiero pisk komunikatora przywołał go do rzeczywistości. Na ekranie płonęło oburzeniem oblicze O’Mary.
