
Wkrótce zjawiła się Murchison z Brennerem. Gdy porucznik zobaczył, kto się krył w ciężkim skafandrze patologa, Prilicla niespodzianie zaczął drżeć.
Wyzwolona z ciężkiego kombinezonu Murchison zaprezentowała cechy, które nie pozwalały jakiemukolwiek Ziemianinowi płci męskiej traktować jej obojętnie. Porucznik nieprędko oderwał do niej spojrzenie. Dopiero wtedy spostrzegł, że Prilicla drży.
— Coś nie tak, doktorze? — spytał zaniepokojony.
— Wręcz przeciwnie, przyjacielu Brenner — odparł mały empata. — Ta odruchowa reakcja pojawia się u mojego gatunku, gdy wyczuwamy miłą emanację osoby trzeciej. Taką, jaka towarzyszy zwykle pragnieniu sparzenia się z przedstawicielem przeciwnej… — Cinrussańczyk umilkł nagle, widząc, że twarz porucznika okrywa się kontrastującym z zielenią munduru rumieńcem. Prilicla poczuł się nad wyraz zakłopotany.
Murchison rozładowała atmosferę, uśmiechając się szeroko.
— Zapewne ja jestem tego przyczyną, poruczniku. Bardzo mnie cieszy, że sprawnie przeprowadził pan wstępne testy. Pańskie przemyślenia oszczędziły mi wielu godzin pracy w niewygodnym skafandrze. Prawda, Prilicla?
— Z pewnością — odparł pająkowaty, który bez żadnych oporów uciekał się do kłamstwa, jeśli tylko była nadzieja, że ktoś poczuje się po nim lepiej. — Empatia to nie to samo co telepatia i łatwo przy niej o pomyłkę.
Conway odchrząknął.
— Zapowiedziałem O’Marze, że zajrzę do niego, gdy tylko ulokujemy pacjenta. Trafi do opróżnionego hangaru na poziomie sto trzecim — wyjaśnił Brennerowi. — Tender wprowadzi go tam za pomocą wiązki ściągającej, jeśli zatem, poruczniku, jest pan potrzebny na pokładzie Torrance’a…
