Położyłem plecak i aparat na podłodze w laboratorium i powiesiłem kapelusz na drzwiach. Pamiętając o tym, że Morlokowie grzebali przy maszynie, zabrałem się do jej sprawdzenia. Nie zawracałem sobie głowy ścieraniem rozmaitych brązowych plam i kawałków trawy oraz mchu, które nadal tkwiły przyklejone do poręczy maszyny; nigdy nie zwracałem uwagi na drobiazgi związane z wyglądem. Jedna poręcz była jednak zgięta, więc ją wyprostowałem, sprawdziłem śruby i naoliwiłem kwarcowe pręty.

Podczas tej pracy przypomniałem sobie haniebną panikę, kiedy odkryłem, że wehikuł wpadł w ręce Morloków, i przeniknęła mnie fala głębokiego uczucia do brzydkiej machiny. Wehikuł był odkrytą klatką skonstruowaną z niklu, mosiądzu, kwarcu, hebanu i kości słoniowej. Był dość skomplikowany — mniej więcej tak, jak mechanizm zegara kościelnego — a pośrodku tej całej maszynerii znajdowało się rowerowe siodełko, które wydawało się zupełnie niestosowne. Kwarc i kryształ górski, zalane plattnerytem, migotały na obrzeżach konstrukcji, przez co wehikuł sprawiał wrażenie nierealnego i krzywego.

Oczywiście, to wszystko byłoby niemożliwe, gdyby nie właściwości dziwnej substancji, którą nazwałem „plattneryt”. Przypomniałem sobie, jak to w przypadkowy sposób wszedłem w posiadanie próbki tego materiału: pewnej nocy, dwadzieścia lat temu, jakiś obcy zjawił się u moich drzwi i podał mi paczuszkę z tą substancją. Nazywał się Plattner, był masywny, sporo lat starszy ode mnie, z dziwną, szeroką głową o posiwiałych włosach i ubrany w strój w dziwacznych kolorach dżungli. Polecił mi zbadać silną substancję, którą przekazał mi w szklanej fiolce. Cóż, substancja przeleżała na półce ponad rok, podczas gdy ja zajmowałem się bardziej konkretną pracą. Ale wreszcie w któreś nudne niedzielne popołudnie zdjąłem fiolkę z półki...



11 из 497