
W trakcie moich badań nad osobliwymi właściwościami światła snułem domysły, że gdyby tylko można było manipulować czterema wymiarami czasoprzestrzeni — wstawiając, powiedzmy, długość w miejsce trwania — wówczas człowiek mógłby spacerować korytarzami historii tak łatwo, jak wziąć taksówkę do West Endu!
Kluczem do działania wehikułu czasu był plattneryt umieszczony w szkielecie maszyny; dzięki plattnerytowi machina mogła obracać się w niezwykły sposób, wkraczając w nową konfigurację w strukturze czasoprzestrzeni. Dlatego świadkowie odlotu wehikułu czasu — jak na przykład Pisarz — widzieli, jak przed zniknięciem z historii maszyna wiruje z zawrotną szybkością; i dlatego kierujący — czyli ja — niezmiennie doznawałem zawrotów głowy spowodowanych siłą odśrodkową i siłą Coriolisa, przez co czułem, jakbym był spychany z wehikułu.
Pomimo jednak tych wszystkich skutków wirowanie spowodowane działaniem plattnerytu diametralnie różniło się od wirowania bąka lub powolnego obrotu Ziemi. Uczuciu wirowania przeczyło złudzenie, że podczas przechodzenia przez czas kierujący siedzi nieruchomo na siodełku — była to rotacja, która wynosiła maszynę poza samą czasoprzestrzeń.
Podczas przeskoków dni i nocy zniknął otaczający mnie rozmazany zarys laboratorium i znalazłem się na wolnym powietrzu. Ponownie przechodziłem przez tamten przyszły okres, w którym, jak się domyśliłem, laboratorium uległo zniszczeniu. Słońce przemykało po niebie jak kula armatnia, wtłaczając wiele dni w jedną minutę, i oświetlało niewyraźny szkielet otaczającego mnie rusztowania. Rusztowanie wkrótce zniknęło i otaczało mnie teraz otwarte zbocze pagórka.
Moja prędkość wzrosła. Migotanie dni i nocy stopiło się w ciemny błękit zmierzchu i ujrzałem Księżyc, wirujący poprzez swoje fazy jak dziecięcy bąk. Gdy podróżowałem tak coraz szybciej, przypominające armatnią kulę Słońce zlało się w łuk światła, który był rozciągnięty w przestrzeni, łuk, który kołysał się na niebie w górę i dół.
