Dopiero później oddam się całkowicie, bez wahania, bez przymusu, by nie uronić ani odrobiny tego, czego zawsze pragnęłam. Będę go mocno trzymać w ramionach i będę go pielęgnować jak rzadki i delikatny kwiat, uważając, by nie zniszczył go nagły powiew wiatru, przysięgam.


9 kwietnia 2001

Dni są coraz ładniejsze, wiosna tego roku rozkwitła w całej okazałości. Pewnego dnia budzę się i widzę, że pojawiły się pąki, że powietrze jest cieplejsze, a morze, w którym odbija się niebo, nabiera ciemnogranatowej barwy. Jak co dzień rano biorę skuter, by pojechać do szkoły; panuje jeszcze przejmujący chłód, ale słońce na niebie obiecuje, że później temperatura wzrośnie. Z morza wyrastają skały, którymi Polifem cisnął w Odyseusza – Nikogo, gdy ten go oślepił. Wbite w morskie dno, tkwią tam, nie wiadomo ile czasu, i ani wojny, ani trzęsienia ziemi, ani nawet gwałtowne wybuchy Etny nie zdołały ich zatopić. Wznoszą się majestatycznie nad wodą, a ja zastanawiam się, jak wiele mierności i małostkowości może istnieć na świecie. Mówimy, poruszamy się, jemy, robimy to wszystko, co musi robić człowiek, ale – w odróżnieniu od tych morskich skał – nie pozostajemy nigdy w tym samym miejscu ani tacy sami. Niszczymy się, pamiętniku, zabijają nas wojny, wykańczają trzęsienia ziemi, pochłania nas lawa, a miłość nas zdradza. I nie jesteśmy też nieśmiertelni, ale może to i dobrze, co?

Wczoraj skały Polifema obserwowały nas, gdy on gorączkowo poruszał się na moim ciele, nie zważając na to, że przejmują mnie zimne dreszcze i że moje oczy patrzą gdzie indziej, na odbicie księżyca w wodzie. Zrobiliśmy to wszystko w ciszy, tak jak zwykle, za każdym razem w identyczny sposób. Jego twarz zatapiała się od tyłu w moich ramionach i czułam jego oddech na szyi, już nie gorący, lecz zimny. Jego ślina znaczyła każdy centymetr mojej skóry, tak jakby powolny, leniwy ślimak pozostawiał na niej swój lepki ślad.



17 из 107