
Mali chłopcy spoglądali spomiędzy skłębionych futer wypełniających legowisko. Pełne lęku, okrągłe oczy wyzierały z brudnych twarzyczek. Pojąwszy, że o nich mowa, skulili się jeszcze bardziej.
Kozie nijak się to nie podobało. Szturchnął stopą mężczyznę w żebra, ale bez efektu. Ranny nie otworzył oczu. Zmieszana z krwią ślina kapała mu z ust. Świeży opatrunek z mchu nie mógł zatamować całkowicie krwi płynącej z wielkiej rany w boku. Koza brał udział w niejednej bitwie i wielokrotnie widział już śmierć, zatem to nie obecność konającego napełniała go niepokojem.
— Zostawić go — rozkazał Lycos i obrócił się, by odejść, ale przystanął jeszcze i wskazał na chłopców, którzy aż się skurczyli. — A oni czemu nie pracują?
— Woda zalała jedno z wyrobisk cyny. — Koza przesunął się w lewo, stając prawie za Lycosem. — Nie możemy kopać, dopóki nie spłynie.
— No to niech pomogą wypalać węgiel drzewny albo kruszyć rudę. Jest masa roboty.
Koza obojętnie skinął głową. To były tylko dzieciaki, przez własnych rodziców tanio sprzedane w niewolę. Wiatr wciąż niósł płatki śniegu, zimna tarcza słońca opadała z wolna za horyzont. Wiosna spóźniała się tego roku. Po na wpół zamarzniętym błocie przeszli w zarzuconą białym popiołem okolicę. Wokół usypanego w zagłębieniu ziemi pieca panowało miłe ciepło. Wymieszany z rudą płonący węgiel drzewny potrzebował powietrza, które dostarczano do stosu za pomocą dwóch miechów zrobionych ze świńskiej skóry. Przyprowadzeni przez Lycosa chłopcy wzięli się do roboty, aż iskry sypnęły wkoło. Miechy pisnęły, nogi z dawna martwych świń poruszyły się, jakby nagle ożyły.
— Już niewiele mu trzeba — powiedział Lycos, fachowym okiem oceniając stan rozżarzonego stosu węgla.
— Nie podoba mi się to wszystko. Żeby Albi dotarł aż tutaj, ranny… Oni mieszkają dość daleko. Czemu…
— Czasem walczą ze sobą i giną. To nie nasza sprawa.
Temat należało uznać za zamknięty.
