Koza niechętnie opuścił ciepły zakątek i wrócił do swojej kwatery po okutą brązem tarczę i miecz. Sztylet i półpancerz wystarczały, gdy pozostawało się w osadzie, ale wychodząc poza nią, pieszy winien zawsze uzbroić się należycie i zachowywać ostrożność. Można było napotkać niezadowolonego z przerwania drzemki niedźwiedzia, były też wilki, często krążące stadami i uznające ludzi za wspaniałe mięsne danie, szczególnie pod koniec długiej zimy. W gęstych krzakach buszowały dziki. No i byli jeszcze ludzie, najgroźniejsi drapieżcy tego świata. Każdy obcy mógł być mordercą, a poza kręgiem wioski obcymi (i tym samym wrogami) byli wszyscy napotkani.

Mirisati siedział w kucki tuż poniżej szczytu obwałowań, które usypano dla zamknięcia wejścia do doliny. Oparty na ciężkiej tarczy rysował czubkiem miecza kółka na ziemi.

— Mógłbym cię zabić — warknął Koza. — Kucasz, jakbyś chciał się wysrać.

— Niezupełnie — odparł Mirisati obojętnym tonem młodzika ignorującego uwagi starszych. Usiadł i przeciągnął się, po czym wstał. — Słyszałem cię, gdy byłeś jeszcze sto kroków stąd. Stawy w kolanach ci skrzypiały, a zbroja grzechotała.

— Widziałeś coś?

Koza spojrzał wymownie na gęstą zasłonę padającego wciąż śniegu. Dolina przed nim była naga i pusta, porosła martwą teraz trawą. Dalej sterczały badyle wrzosowiska i majaczyła czarna ściana lasu, który porastał wyspę Yern od wschodu do zachodu, od plaż południa po mgliste mokradła północy. W dolinie zalegała cisza przerywana jedynie krakaniem wron, które zerwały się do lotu i szybko zniknęły w oddali.

— Cały czas to samo. Nic. I nikogo. Już bym wolał, żeby ktoś przyszedł. Zabiłbym dla rozrywki kilku barbarzyńców.

— Nic? A ten z dziurą w piersi, co go chłopak znalazł? — Obecność konającego nie dawała Kozie spokoju.

— A bo to wiadomo? Co więcej, kogo to obchodzi? Może lubią wyżynać się wzajemnie. To mogę zrozumieć. No bo i co innego można robić na tym odludziu?



3 из 285