
Terry Pratchett
Nocna straż
Sam Vimes westchnął, kiedy usłyszał krzyk, ale zanim cokolwiek w tej sprawie zrobił, najpierw skończył się golić. Potem włożył kurtkę i wyszedł powoli w piękny poranek. Była wczesna wiosna, ptaki śpiewały wśród drzew, a pszczoły brzęczały w kwiatach. Wprawdzie zamglone niebo i ciemne chmury na horyzoncie groziły, że wkrótce spadnie deszcz, na razie jednak było gorąco i duszno. A w starym szambie za szopą ogrodnika jakiś młody chłopak taplał się w wodzie.
No… w każdym razie się taplał.
Vimes stanął w pewnej odległości i zapalił cygaro. Prawdopodobnie nie należało używać otwartego ognia blisko dołu — ciało upadające z dachu szopy skruszyło skorupę na powierzchni szamba.
— Dzień dobry — rzekł uprzejmie Vimes.
— Dzień dobry, wasza łaskawość — odpowiedział pracowity taplacz.
Głos był wyższy, niż Vimes się spodziewał, więc zdał sobie sprawę, że — co niezwykłe — młody chłopak w dole jest, precyzyjnie mówiąc, młodą kobietą. Nie było to tak całkiem niespodziewane — Gildia Skrytobójców wiedziała, że jeśli chodzi o pomysłowe zabójstwa, kobiety co najmniej dorównują swym braciom — ale mimo to odrobinę zmieniało sytuację.
— Nie wydaje mi się, żebyśmy się kiedyś spotkali. Chociaż rozumiem, że wiesz, kim jestem. A ty…?
— Wiggs, sir — przedstawiła się pływaczka. — Jocasta Wiggs. Poznać pana osobiście to zaszczyt, wasza łaskawość.
— Wiggs, tak? — mruknął Vimes. — Znany ród w gildii. Przy okazji, „sir” zupełnie wystarczy. Kiedyś chyba złamałem nogę twojemu ojcu?
— Tak, sir. Prosił, żeby pana pozdrowić.
— Trochę jesteś za młoda, żeby powierzać ci kontrakt…
— Nie chodzi o kontrakt, sir — zapewniła Jocasta, machając rękami i nogami.
— Ależ panno Wiggs… Cena za moją głowę to co najmniej…
— Rada Gildii postanowiła pana zawiesić, sir — wyjaśniła uparta pływaczka. — Został pan zdjęty z rejestru. W tej chwili nie przyjmują już zleceń na pana.
