
— Na pewno się nie spodziewałam, że dachówki na szopie tak się poruszają, sir.
— Są mocowane na nasmarowanych szynach.
— Brawo, sir.
— A z niektórych się spada w różne śmiertelnie groźne pułapki — dodał Vimes.
— Czyli miałam szczęście, że nie trafiłam w żadną z nich, prawda, sir?
— Och, ta również jest śmiertelna. W końcu.
Vimes westchnął. Naprawdę nie chciał ich zachęcać do takich akcji, ale… zdjęli go z rejestru? Nie to, żeby lubił, jak strzelają do niego zamaskowane indywidua, chwilowo zatrudniane przez któregoś z jego rozmaitych i licznych wrogów, ale traktował to jak swego rodzaju wotum zaufania. Dowodziło, że irytuje ludzi bogatych i aroganckich, którzy powinni być irytowani.
Poza tym łatwo było przechytrzyć Gildię Skrytobójców. Mieli bardzo ścisłe reguły, których przestrzegali w zasadzie honorowo, co Vimesowi odpowiadało, gdyż w pewnych praktycznych kwestiach on nie przestrzegał żadnych reguł.
Zdjęli z rejestru, tak? Jedyną osobą, która podobno była z niego skreślona, to Lord Vetinari, Patrycjusz. Skrytobójcy lepiej niż inni rozumieli polityczną grę w mieście. Skreślali człowieka z rejestru, ponieważ uznawali, że jego odejście nie tylko zepsuje tę grę, ale też roztrzaska planszę…
— Byłabym niezwykle wdzięczna, gdyby mnie pan wyciągnął, sir — odezwała się Jocasta.
— Co? A tak… Przepraszam, mam czyste ubranie — odparł Vimes. — Ale jak tylko wrócę do domu, powiem kamerdynerowi, żeby tu przyszedł z drabiną. Zgoda?
— Bardzo dziękuję, sir. Naprawdę miło mi było pana poznać, sir.
Vimes powoli ruszył w stronę domu. Zdjęli z rejestru? Czy wolno złożyć protest? Może uznali…
Ogarnęła go chmura zapachu.
Uniósł głowę.
Rozkwitały krzaki bzu.
Patrzył.
Do licha! Do licha! Do licha!!! Co roku zapominał. Chociaż nie… Nigdy nie zapominał. Po prostu chował te wspomnienia, jak starą srebrną zastawę, żeby nie zmatowiała. I co roku wracały, ostre i lśniące, i kłuły go w samo serce. I to jeszcze dzisiaj, akurat dzisiaj…
