
Ktoś odchrząknął. Vimes uniósł wzrok.
— Co jest? — warknął.
— Chcę tylko spytać, czy lady jest w dobrym zdrowiu, wasza łaskawość — odpowiedział zaskoczony kamerdyner. — A wasza łaskawość dobrze się czuje?
— Co? A tak, tak. Nie, wszystko w porządku. U lady Sybil także. Zajrzałem do niej, zanim wyszedłem do ogrodu. Jest z nią pani Content. Twierdzi, że to jeszcze potrwa.
— Mimo to poleciłem w kuchni, żeby przygotowali dużo gorącej wody, wasza łaskawość. — Willikins pomógł Vimesowi zapiąć ten złoco… złowrogi półpancerz.
— Dobrze. Jak myślisz, po co im ta cała woda?
— Nie mam pojęcia, wasza łaskawość. Prawdopodobnie lepiej o to nie pytać.
Vimes przytaknął. Sybil dała mu do zrozumienia, wprawdzie delikatnie i taktownie, ale bardzo wyraźnie, że w tej konkretnej sprawie nie będzie potrzebny. Musiał przyznać, że przyjął to z ulgą.
Wręczył Willikinsowi gałązkę bzu. Kamerdyner wziął ją i bez słowa umieścił w małej srebrnej rurce z wodą, dzięki czemu kwiatki miały zachować świeżość przez długie godziny. Rurkę umocował do jednego z pasków pancerza.
— Czas szybko płynie, wasza łaskawość, nieprawdaż? — rzekł, omiatając go małą miotełką.
Vimes spojrzał na zegarek.
— Trudno zaprzeczyć. Słuchaj, po drodze do pałacu zajrzę do Pseudopolis Yardu, podpiszę co trzeba i wrócę jak najszybciej. Dobrze?
Willikins obrzucił go wzrokiem pełnym zgoła niekamerdynerskiej troski.
— Jestem pewien, że lady Sybil nic nie grozi, wasza łaskawość — oświadczył. — Oczywiście, nie jest, nie jest…
— …młoda — dokończył Vimes.
— Powiedziałbym, że jest bogatsza latami niż wiele innych primi-gravidae — odparł gładko Willikins. — Ale jest damą dobrze zbudowaną, jeśli wybaczy mi pan tę śmiałą uwagę, a w jej rodzie tradycyjnie nie było poważniejszych kłopotów w dziedzinie rodzenia dzieci…
