
— Primi co?
— Nowe matki, wasza łaskawość. I z całą pewnością lady Sybil wolałaby wiedzieć, że wasza łaskawość ściga złoczyńców, zamiast wydeptywać dziury w bibliotecznym dywanie.
— Chyba masz rację, Willikins. Ehm… Aha, tak. Pewna młoda dama pływa pieskiem w starym dole kloacznym.
— Rozumiem, wasza łaskawość. Poślę tam zaraz jakiegoś kuchcika z drabiną. I wiadomość do Gildii Skrytobójców?
— Dobry pomysł. Będzie potrzebowała czystego ubrania i kąpieli.
— Myślę, że może szlauch w starej komórce byłby bardziej odpowiedni, wasza wysokość. Przynajmniej na początek.
— Słuszne spostrzeżenie. Zajmij się tym. A teraz muszę już iść.
W zatłoczonej sali głównego komisariatu Straży Miejskiej w Pseudopolis Yardzie sierżant Colon z roztargnieniem poprawił gałązkę bzu, którą umocował do hełmu jak pióropusz.
— Dziwni się robią, Nobby — stwierdził, obojętnie przerzucając poranne raporty. — Typowe dla glin. Też mi się zdarzyło, kiedy miałem dzieciaki. Człowiek robi się zacięty.
— Co to znaczy: zacięty? — zapytał kapral Nobbs, prawdopodobnie najlepszy żyjący dowód, że istniało płynne przejście ewolucyjne między zwierzętami i ludźmi.
— No wiesz… — Colon rozparł się na krześle. — To jest tak… że kiedy jesteś w naszym wieku… — Zawahał się. Nobby od lat już podawał swój wiek jako „prawdopodobnie 34”; rodzina Nobbsów nie była dobra w rachunkach. — To znaczy, kiedy człowiek osiąga… pewien wiek — zaczął znowu — uświadamia sobie, że świat nigdy nie będzie doskonały. I przyzwyczaja się, że jest trochę… trochę…
— Do kitu? — podpowiedział Nobby. Za jego uchem, w miejscu zarezerwowanym zwykle dla papierosa, tkwiła gałązka więdnącego bzu.
— Otóż to. Znaczy, nigdy nie będzie doskonały, więc radzisz sobie jak możesz, tak? Ale kiedy dzieciak jest w drodze, rozumiesz, nagle wszystko wygląda inaczej. Człowiek myśli: moje dziecko będzie musiało dorastać w tym bałaganie. Pora tu sprzątnąć. Pora, by urządzić tutaj Lepszy Świat. I robi się taki… zapalony. Ostry. Kiedy usłyszy o Wręcemocnym, będzie tu naprawdę gorąco… dzień dobry, panie Vimes.
