
— Rozmawialiście o mnie, tak? — rzucił Vimes, przechodząc obok.
Colon i Nobbs stanęli na baczność. Tak naprawdę Vimes nie słyszał ich rozmowy, ale z twarzy sierżanta Colona można było czytać jak z książki, a on już wiele lat temu nauczył się jej na pamięć.
— Zastanawiałem się tylko, czy to szczęśliwe wydarzenie… — zaczął Colon, podążając za komendantem, który pokonywał po dwa stopnie naraz.
— Jeszcze nie — odparł krótko Vimes. Pchnął drzwi do swojego gabinetu. — Dzień dobry, Marchewa.
Kapitan Marchewa poderwał się i zasalutował.
— Dzień dobry, sir. Czy lady…
— Nie, Marchewa. Jeszcze nie. Coś się działo w nocy?
Marchewa przesunął wzrokiem po gałązce bzu.
— Nic dobrego, sir. Kolejny funkcjonariusz zamordowany.
Vimes znieruchomiał.
— Kto? — spytał.
— Sierżant Wręcemocny, sir. Zabity na Kopalni Melasy. Znowu Carcer.
Vimes zerknął na zegarek. Mieli dziesięć minut, by dotrzeć do pałacu. Ale nagle przestał się czasem przejmować. Usiadł przy biurku.
— Świadkowie?
— Tym razem trzech, sir.
— Aż tylu?
— Wszyscy to krasnoludy. Wręcemocny nie był nawet na służbie, sir. Wyszedł z komendy, kupił w barze zapiekankę ze szczura i frytki, a potem wpadł prosto na Carcera. Ten drań dźgnął sierżanta w szyję i uciekł. Pewnie pomyślał, że go znaleźliśmy.
— Szukamy gościa od tygodni! A on wpada na biednego Wręcemocnego, kiedy ten krasnolud myśli tylko o śniadaniu? Angua podjęła trop?
— W pewnym sensie, sir — odparł zakłopotany Marchewa.
— Dlaczego tylko w pewnym sensie?
— On… zakładamy, że to Carcer… rzucił bombę anyżową na placu Sator. Prawie czysty olejek.
