A że magię tylko z grubsza da się uwięzić, książki w Bibliotece też były czymś więcej niż tylko drewnem przerobionym na papier.

Pierwotna magia strzelała iskrami z ich grzbietów, uziemiając się nieszkodliwie w miedzianych przewodach, w tym właśnie celu przybitych do półek. Delikatne desenie błękitnego ognia pełzały po regałach i rozbrzmiewał dźwięk — jakby papierowy szept — podobny do wydawanego przez kolonię szpaków. To w ciszy nocy rozmawiały ze sobą książki.

Słychać też było czyjeś chrapanie.

Światło z półek nie tyle rozjaśniało, ile podkreślało ciemność, ale wprawny obserwator potrafiłby może rozpoznać w fioletowym migotaniu stare i odrapane biurko pod centralną kopułą. Chrapanie dochodziło spod niego, z miejsca gdzie obszarpany koc ledwie okrywał coś, co przypominało stos worków z piaskiem, a w rzeczywistości było samcem orangutana.

I bibliotekarzem.

Obecnie niewielu już ludzi wyrażało zdziwienie, że jest małpą. Przemiana nastąpiła w wyniku magicznego wypadku, zawsze możliwego w miejscach, gdzie trzyma się razem tak wiele magicznych ksiąg. Uważano, że i tak wyszedł z niego obronną ręką. W końcu zachował ten sam — zasadniczo — kształt. Pozwolono mu też zachować funkcję, którą pełnił dość sprawnie, chociaż „pozwolono” nie jest chyba właściwym określeniem. To raczej sposób, w jaki potrafił zawinąć górną wargę, odsłaniając przed senatem Uniwersytetu nieprawdopodobnie żółte kły, sprawił jakoś, że kwestia następcy na to stanowisko nigdy nie weszła pod obrady.

Po chwili jednak zabrzmiał też inny dźwięk, dźwięk obcy — odgłos otwieranych drzwi. Czyjeś stopy przemknęły po podłodze i kroki ucichły między zatłoczonymi półkami. Księgi zaszeleściły z oburzeniem, a kilka co większych grimoire’ów zabrzęczało łańcuchami.

Bibliotekarz spał głęboko, kołysany szumem deszczu.

Pół mili dalej, w objęciach rynsztoka, kapitan Vimes otworzył usta i zaczął śpiewać.



3 из 293