
— Kazałam im postępować wedle własnej inicjatywy — mruknęła ogólnikowo, desperacko poszukując pomysłów w spowijającej jej umysł bolesnej mgle.
— Typowo betański rozkaz — prychnął Vorkosigan. — Przynajmniej masz pewność, że cię posłuchają.
No, nie. Znowu jej kolej.
— Posłuchaj, wiem, dlaczego moi ludzie zostawili mnie tutaj — a co z tobą? Czy dowódca nie jest zbyt ważną osobą — nawet u Barrayarczyków — żeby tak po prostu o nim zapomnieć? — Wyprostowała się. — Skoro Reg nie umiałby trafić nawet w stodołę, to kto do ciebie strzelał?
To go ruszyło, pomyślała, widząc, jak paralizator, którym wcześniej bezmyślnie gestykulował, z powrotem celuje w jej stronę. Ale powiedział jedynie:
— Nie twoja sprawa. Czy masz zapasowy komunikator?
Oho — czyżby ten surowy barrayarski dowódca padł ofiarą buntu? Cóż, im więcej zamieszania w szeregach wroga, tym lepiej!
— Nie. Twoi żołnierze zniszczyli wszystko.
— To bez znaczenia — mruknął. — Wiem, gdzie szukać. Czy możesz już chodzić?
— Nie jestem pewna. — Dźwignęła się na nogi i natychmiast przycisnęła dłoń do skroni, czując przeszywający ból.
— To tylko stłuczenie — stwierdził Vorkosigan bez cienia współczucia. — Przechadzka dobrze ci zrobi.
— Jak daleko mam iść?
— Jakieś dwieście kilometrów.
Z powrotem osunęła się na kolana.
— Szerokiej drogi.
— Mnie zabrałoby to dwa dni. Przypuszczam, że ty, jako geolog czy coś takiego, trochę mnie opóźnisz.
— Astrokartograf.
— Wstań, proszę. — Tym razem posunął się aż do tego, by ująć ją pod łokieć. Dotknął jej z dziwną niechęcią. Była przemarznięta i sztywna, nawet przez grubą tkaninę rękawa czuła promieniujące z jego dłoni ciepło. Vorkosigan z determinacją wepchnął ją na szczyt jaru.
