
— Zauważyłem — odparł cierpko. — Co się stało z twoimi ludźmi?
Oczy Cordelii zwęziły się.
— Czyżby cię tam nie było? Ja weszłam wyżej… Widziałeś może mojego botanika… podporucznika? — dodała z napięciem. — Kiedy wpadliśmy w zasadzkę, zepchnął mnie do jaru…
Vorkosigan zerknął w górę, ku krawędzi parowu, w miejsce, z którego runęła — jak dawno temu?
— Młody i ciemnowłosy?
Jej serce zamarło w oczekiwaniu najgorszego.
— Tak.
— Nic już nie możesz dla niego zrobić.
— To morderstwo! Miał tylko paralizator! — rzuciła mu miażdżące spojrzenie. — Dlaczego zaatakowaliście moich ludzi?
Mężczyzna z namysłem poklepał jej broń.
— Twoja załoga — odrzekł, starannie dobierając słowa — miała zostać internowana, w miarę możliwości pokojowo, za naruszenie barrayarskiej przestrzeni. Wywiązała się potyczka. Promień ogłuszający trafił mnie w plecy. Kiedy oprzytomniałem, ujrzałem twój obóz w stanie, w jakim go zastałaś.
— To dobrze — czuła w ustach gorzki smak żółci. — Cieszę się, że Reg dostał jednego z was, zanim i jego zamordowaliście.
— Jeśli chodzi ci o tego niemądrego, lecz niewątpliwie odważnego chłopca na polanie, to nie trafiłby nawet w stodołę. Nie wiem, po co wy, Betanie, zakładacie mundury. Wyszkoleniem dorównujecie dzieciom na pikniku. Trudno mi stwierdzić, jakie znaczenie mają wasze stopnie oficerskie, poza określaniem różnic w zarobkach.
— Był geologiem, nie wynajętym mordercą — warknęła. — A co do moich “dzieci”, wasi żołnierze nie zdołali ich nawet schwytać.
Vorkosigan ściągnął brwi. Cordelia gwałtownie zamknęła usta. Po prostu pięknie, pomyślała. Jeszcze nie zaczął wykręcać mi rąk, a ja już przekazuję mu cenne informacje.
— Naprawdę? — powiedział tylko, wskazując paralizatorem w górę strumienia. Leżał tam strzaskany komunikator, z jego środka wydobywała się wąska smużka pary. — Jakie rozkazy wydałaś załodze statku, kiedy poinformowali cię o swojej ucieczce?
