
Ze łzami bólu i wściekłości w oczach odwróciła się do Vorkosigana.
— Kłamca! On wcale nie umarł! Jest tylko ranny! Musi zająć się nim lekarz.
— Komandorze Naismith, zachowujesz się nierozsądnie. Obrażenia zadane przez porażacz są nieuleczalne.
— I co z tego? Z zewnątrz nie da się określić rozmiaru szkód, jakie wyrządziła wasza obrzydliwa broń. Dubauer wciąż widzi, słyszy i czuje — nie możesz dla własnej wygody zdegradować go do poziomu zwłok!
Jego twarz przypominała maskę.
— Mogę zakończyć jego cierpienia — powiedział powoli. — Mój nóż jest dostatecznie ostry. Jeżeli posłużę się nim szybko, niemal bezboleśnie podetnie mu gardło. Chyba że uznasz to za swój obowiązek, jako dowódcy. W takim przypadku oddam ci nóż, abyś sama mogła to zrobić.
— Czy tak właśnie postąpiłbyś z jednym z twoich ludzi?
— Oczywiście. A oni zrobiliby to samo dla mnie. Nikt nie chciałby żyć w takim stanie.
Cordelia wstała i spojrzała na niego przeciągle.
— Bycie Barrayarczykiem musi przypominać życie wśród kanibali.
Zapadła długa cisza. W końcu Dubauer przerwał ją jękiem. Vorkosigan poruszył się lekko.
— Co zatem proponujesz?
Znużonym gestem potarła skroń, poszukując słów, które zdołałyby przeniknąć beznamiętną fasadę jego twarzy. Jej żołądek zadygotał, język sztywnością dorównywał kołkowi, nogi drżały z powodu wyczerpania, obniżenia poziomu cukru we krwi i reakcji pobólowej.
— Gdzie właściwie zamierzasz się udać? — spytała wreszcie.
— Znam pewne miejsce — kryjówkę z zapasami. Zamaskowaną. Znajduje się w niej sprzęt łącznościowy, żywność, broń. Przejęcie tych zapasów umożliwiłoby mi — no, cóż — rozwiązanie problemów dowódczych.
