— Czy są tam też lekarstwa i środki opatrunkowe?

— Tak — przyznał niechętnie.

— Doskonale. — I tak nic ją to nie kosztuje. — Będę z tobą współpracować — dam słowo, że pozostanę twoim więźniem — pomogę ci we wszystkim, co nie narazi na niebezpieczeństwo mojego statku — jeśli pozwolisz mi zabrać ze sobą podporucznika Dubauera.

— To niemożliwe. On nie może chodzić.

— Sądzę, że da radę, jeżeli mu pomogę.

Vorkosigan spojrzał na nią z irytacją, wyraźnie zbity z tropu.

— A jeśli odmówię?

— Wówczas możesz albo zostawić nas oboje, albo od razu nas zabić. — Odwróciła wzrok od jego noża, dumnie uniosła podbródek i czekała.

— Nie zabijam jeńców.

Cordelia z ulgą przyjęła fakt, iż użył liczby mnogiej. Najwidoczniej w dziwnym umyśle Barrayarczyka Dubauer z powrotem awansował w szeregi ludzkości. Uklękła, aby pomóc mu wstać, modląc się w duchu, by ten, jak mu tam, Vorkosigan, nie postanowił zakończyć całej sprawy, ogłuszając ją i zabijając botanika na miejscu.

— Zgoda — skapitulował, rzucając jej osobliwe, czujne spojrzenie. — Zabieraj go. Ale musimy poruszać się szybko.

Cordelia zdołała podnieść podporucznika na nogi. Zarzuciwszy sobie na ramiona jego ciężką rękę, poprowadziła go. Z początku szedł chwiejnie i niezdarnie. Odniosła wrażenie, że Dubauer słyszy, lecz nie potrafi wyłuskać znaczenia z szumu mowy.

— Sam widzisz — broniła go rozpaczliwie — Wciąż potrafi chodzić. Potrzebuje tylko nieco pomocy.


Kiedy dotarli na skraj łąki, ostatnie, niemal poziome promienie wieczornego słońca pokryły ją długimi pasmami czarnego cienia, przypominającymi tygrysie pręgi. Vorkosigan przystanął.

— Gdybym był sam — stwierdził — przez całą drogę do kryjówki żywiłbym się żelaznymi racjami z mojego wyposażenia. Ponieważ jednak macie mi towarzyszyć, musimy podjąć ryzyko przeszukania waszego obozu. Potrzebna nam żywność. Możesz pochować swojego oficera. Ja tymczasem rozejrzę się wokół.



13 из 262