
— Nic dziwnego — ta prosta, pozbawiona upiększeń i usprawiedliwień historia zabrzmiała w jej uszach prawdziwie, choć Cordelia nie miała żadnych podstaw, by mu zaufać. — Czy może wczoraj przypadkiem odwróciłeś się plecami do jednego z owych nieprzyjaciół?
Rzucił jej ostre spojrzenie.
— Możliwe — odparł powoli. — Jednak ta teoria ma pewne wady.
— Na przykład?
— Ciągle jeszcze żyję. Nie przypuszczam, żeby zaryzykowali podobną akcję, nie doprowadzając jej do finału. Bez wątpienia podchwycili sposobność, by winą za moją śmierć obciążyć Betan.
— O rany. A ja sądziłam, że mam problemy z dowodzeniem. Wystarczy mi zmuszanie grupy betańskich primadonn naukowych do zgodnej współpracy choćby przez parę miesięcy. Boże, chroń mnie od polityki.
Vorkosigan uśmiechnął się lekko.
— Z tego, co słyszałem o Betanach, to raczej niełatwe zadanie. Nie sądzę, abym chciał się z tobą zamienić. Dyskusje nad każdym rozkazem doprowadzałyby mnie do szału.
— Nad każdym nie dyskutują. — Posłała mu szeroki uśmiech, bowiem poruszony temat przywołał kilka zabawnych wspomnień. — Szybko uczysz się, jak ich podpuszczać.
— Jak myślisz, gdzie jest teraz twój statek?
Rozbawienie Cordelii zniknęło jak zdmuchnięte, zastąpione nagłą czujnością.
— Przypuszczam, że to zależy od tego, gdzie się podziewa twój.
Vorkosigan wzruszył ramionami i wstał, ściągając paski plecaka.
— Zatem nie traćmy czasu. Wkrótce się dowiemy — podał jej rękę i pomógł wstać. Jego twarz znowu była twarzą służbisty.
Zejście z wielkiej góry na czerwone ziemie niziny zajęło im cały długi dzień. Z bliska okazało się, że równinę przecinają liczne potoki, mętne po niedawnych deszczach. Gdzieniegdzie wyrastały grupki niegościnnych skał. W dali dostrzegli stada sześcionogich trawożerców. Z ich płochliwości Cordelia wydedukowała, że w pobliżu czają się liczni drapieżcy.
