
— Co możesz wiedzieć o Komarrze? — ton jego głosu wyraźnie mówił: “Betańska ignorantka”.
— Tyle, co wszyscy. To był bezwartościowy kawał skały, który wasi ludzie zaanektowali siłą po to, by przejąć kontrolę nad pobliskim skupiskiem korytarzy przestrzennych. Rządzący tam senat przyjął warunki kapitulacji i natychmiast potem jego członkowie zostali wymordowani. Ty dowodziłeś tą ekspedycją, ale… — Z pewnością Vorkosigan z Komarru był admirałem. — Czy to byłeś ty? Mówiłeś chyba, że nie zabijasz jeńców.
— Tak, to byłem ja.
— Czy za to właśnie cię zdegradowali? — spytała zdumiona. Myślała, że podobne zachowanie nie odbiega od barrayarskich standardów.
— Nie. Za to, co nastąpiło potem — wyraźnie nie odpowiadał mu temat tej rozmowy, lecz Barrayarczyk ponownie zaskoczył Cordelię, dodając: — Ta część historii została skutecznie wyciszona. Dałem moje słowo — słowo Vorkosigana — że darujemy im życie. Oficer polityczny unieważnił mój rozkaz i za moimi plecami polecił ich stracić. Zabiłem go za to.
— Dobry Boże!
— Własnoręcznie skręciłem mu kark, na mostku mojego statku. Rozumiesz, to była sprawa osobista — chodziło o mój honor. Nie mogłem postawić go przed plutonem egzekucyjnym — wszyscy żołnierze obawiali się reakcji Ministerstwa Edukacji Politycznej.
Cordelia przypomniała sobie, że ów oficjalny eufemizm oznaczał w istocie tajną policję. Oficerowie polityczni stanowili jej odnogę militarną.
— A ty się nie boisz?
— To oni boją się mnie — uśmiechnął się kwaśno. — Jak padlinożercy wczoraj w nocy, oni także uciekają przez śmiałym atakiem. Nie wolno tylko odwracać się do nich plecami.
— Dziwne, że nie kazali cię powiesić.
— Rozpętało się prawdziwe piekło. — Za zamkniętymi drzwiami — dodał, zatopiony we wspomnieniach, odruchowo macając naszywki na kołnierzu. — Ale Vorkosigan nie może tak po prostu zniknąć, jeszcze nie teraz. Niemniej zyskałem paru potężnych nieprzyjaciół.
