
Po jakichś trzech godzinach szybkiego marszu dotarli do pierwszej przeszkody tego dnia, stromej skalistej doliny, której środkiem rwała rzeka koloru kawy z mlekiem. Przez jakiś czas wędrowali wzdłuż krawędzi skarpy, szukając brodu.
— Tamten kamień w dole się poruszył — zauważyła nagle Cordelia.
Vorkosigan wyjął zza pasa polową lunetkę i przyjrzał się uważnie.
— Masz rację.
Pół tuzina kawowych garbów, wyglądających jak głazy na piaszczystym brzegu, okazało się przysadzistymi sześcionogami o grubych odnóżach, wygrzewającymi się w porannym słońcu.
— Sprawiają wrażenie stworzeń ziemiowodnych. Ciekawe, czy są mięsożerne — zainteresował się Vorkosigan.
— Szkoda, że tak wcześnie przerwaliście nasze badania. W przeciwnym razie potrafiłabym odpowiedzieć na wszystkie te pytania. O, tam widać kolejną grupkę tych nibybaniek mydlanych — do licha, nie przypuszczałam, że mogą dorosnąć do takich rozmiarów i nadal latać.
Stadko kilkunastu baniek, przejrzystych niczym szklane kieliszki i liczących sobie pełne trzydzieści centymetrów średnicy, płynęło nad rzeką jak pęk puszczonych z wiatrem balonów. Kilka z nich podleciało do sześcionogów i łagodnie osiadło na ich grzbietach. Lekko spłaszczone, przypominały niesamowite berety. Cordelia pożyczyła od swego towarzysza lunetkę i spojrzała uważniej.
— Czy nie sądzisz, że pełnią podobną rolę do ziemskich ptaków, zbierających pasożyty ze skóry bydła? Nie, chyba jednak nie.
Sześcionogi wstały, sycząc i poświstując i z ociężałym pośpiechem wsunęły się do wody. Bańki, teraz barwy kieliszków napełnionych burgundem, nadęły się i ponownie uniosły w powietrze.
— Bańki-wampiry? — spytał Vorkosigan.
— Najwyraźniej.
— Co za odrażające stworzenia.
Cordelia z trudem stłumiła śmiech, widząc malujące się na jego twarzy obrzydzenie.
— Jako mięsożerca nie powinieneś ich potępiać.
