
— Potępiać — nie; unikać — owszem.
— Tu się z tobą zgodzę.
Podążali dalej w górę strumienia, mijając spieniony brązowy wodospad. Po mniej więcej półtora kilometra dotarli do miejsca, w którym łączyły się dwa dopływy. Rzeka była tu zachęcająco płytka. Podczas przeprawy przez drugie odgałęzienie Dubauer stracił równowagę, stawiając nogę na śliskim kamieniu i z nieartykułowanym okrzykiem zniknął pod wodą.
Cordelia gwałtownie zacisnęła palce na jego ramieniu i siłą rzeczy upadła wraz z nim, osuwając się w głębsze miejsce. Ogarnęło ją przerażenie, że nurt porwie go w dół rzeki, gdzie czekały te wielkie sześcionogi, ostre skały i wodospad. Nie dbając o wlewającą się do ust wodę, pochwyciła go obiema rękami. Zaraz będzie za późno — nie!
Coś szarpnęło nią gwałtownie, opierając się wartkiemu prądowi. To Vorkosigan chwycił ją za pasek, teraz zaś holował dwójkę Betan na płyciznę z siłą i wprawą godną dokera.
Lekko zakłopotana, lecz wdzięczna, stanęła na nogi i zaczęła ciągnąć kaszlącego Dubauera w stronę brzegu.
— Dzięki — wykrztusiła.
— A co, myślałaś, że pozwolę wam utonąć? — spytał cierpko, wylewając wodę z butów.
Cordelia, zawstydzona, wzruszyła ramionami.
— No, cóż — przynajmniej nie opóźnialibyśmy marszu.
— Hm — odchrząknął, nie mówiąc już ani słowa więcej.
Znaleźli skaliste miejsce, gdzie usiedli, zjedli swą owsiankę i podsuszyli się nieco przed wyruszeniem w dalszą drogę.
Pokonywali coraz to nowe kilometry, lecz stercząca po ich prawej stronie ogromna góra w ogóle nie malała. W pewnej chwili Vorkosigan rozejrzał się w poszukiwaniu sobie tylko znanych znaków i skręcił na zachód. Góra pozostała za ich plecami, zachodzące słońce świeciło prosto w oczy.
Przekroczyli kolejną rzekę. Gdy zbliżali się do wylotu doliny, Cordelia o mało nie potknęła się o pokrytego czerwonym futrem sześcionoga, przycupniętego nieruchomo w zagłębieniu i idealnie zlewającego się z otoczeniem. Delikatne stworzenie, wielkości średniego psa, we wdzięcznych podskokach umknęło w głąb ceglastej równiny.
