
Cordelia ocknęła się nagle.
— Ten zwierzak jest jadalny!
— Paralizator, szybko! — krzyknął Vorkosigan. Pospiesznie wcisnęła mu do ręki broń. Barrayarczyk przyklęknął na jedno kolano, wycelował i błyskawicznie powalił zwierzę.
— Świetny strzał! — wykrzyknęła z podziwem Cordelia.
Vorkosigan posłał jej przez ramię szeroki, chłopięcy uśmiech i podbiegł do zdobyczy.
— Och! — westchnęła, oszołomiona efektem tego uśmiechu. Przez sekundę rozjaśnił on jego twarz niczym promień słońca. Zrób to jeszcze raz, pomyślała, po czym odpędziła tę myśl. Obowiązki. Pamiętaj o swoich obowiązkach.
Poszła za nim do miejsca, gdzie leżało zwierzę. Vorkosigan zdążył już dobyć noża i zastanawiał się, gdzie uderzyć. Nie mógł poderżnąć mu gardła, bowiem stwór nie miał szyi.
— Mózg leży tuż za oczami. Może zdołasz go dosięgnąć, jeśli wycelujesz między pierwszą parę łopatek — zasugerowała.
— Powinno pójść dostatecznie szybko — zgodził się Vorkosigan i tak też uczynił. Stworzenie zadygotało, westchnęło i zdechło. — Jest jeszcze za wcześnie, żeby zatrzymywać się na popas, ale mamy tu wodę, a nad rzeką znajdzie się dość drewna, by rozpalić ognisko. Oznacza to jednak dodatkowe kilometry jutro — ostrzegł.
Cordelia zmierzyła wzrokiem zwierzę, myśląc o pieczystym.
— W porządku.
Vorkosigan dźwignął łup i przerzucił go sobie przez ramię.
— Gdzie twój podporucznik?
Cordelia rozejrzała się. Dubauer zniknął.
— Do diabła — jęknęła i rzuciła się biegiem z powrotem w miejsce, gdzie stali, kiedy Vorkosigan upolował im kolację. Ani śladu Dubauera. Podeszła na brzeg wąwozu.
Dubauer ze zwieszonymi bezwładnie rękami stał na brzegu strumienia. Jak pogrążony w transie zadzierał głowę. Ku jego uniesionej twarzy spływała właśnie wielka przejrzysta bańka.
