To był sumienny porucznik Rosemont. Jego zamglone oczy spoglądały z lękiem, jakby wciąż stanowiły zwierciadło duszy. Cordelia zamknęła je ostrożnie.

Przeszukała zwłoki, usiłując ustalić przyczynę śmierci. Ani śladu krwi, oparzeń czy złamanych kości. Jej długie białe palce zaczęły obmacywać czaszkę zmarłego. Skórę pod jasnymi włosami pokrywały pęcherze — nieomylne piętno porażacza nerwowego. To wykluczało obcych. Złożyła głowę porucznika na swych kolanach i kołysała go przez moment, bezradnie gładząc znajome rysy niczym ślepa żałobnica. Nie było czasu na opłakiwanie zmarłych.

Na czworakach wróciła do poczerniałego kręgu i zabrała się do poszukiwania sprzętu łącznościowego. Natrafiała jednak jedynie na poskręcane odłamki plastyku i metalu, co dobitnie świadczyło o niezwykłej skrupulatności napastników. Większość najcenniejszego sprzętu w ogóle zniknęła.

Niespodziewanie usłyszała szelest trawy. Natychmiast chwyciła paralizator, wycelowała i zamarła. Z pożółkłej roślinności wyłoniła się napięta twarz podporucznika Dubauera.

— To ja, nie strzelaj — zawołał zduszonym głosem; w zamierzeniu miał to być szept.

— Mało brakowało. Czemu nie zostałeś na miejscu? — syknęła. — Zresztą nieważne. Pomóż mi znaleźć komunikator dalekiego zasięgu, żebyśmy mogli połączyć się ze statkiem. I schyl się, mogą wrócić w każdej chwili.

— Kto? Kto to zrobił?

— Mamy spory wybór, sam zdecyduj — Nuovo Brasilianie, Barrayarczycy, Cetagandanie. To mógł być ktokolwiek z nich. Reg Rosemont nie żyje. Porażacz nerwowy.

Cordelia podczołgała się do szczątków namiotu z próbkami i uważnie przyjrzała się zbrylonym zgliszczom.

— Podaj mi tamtą tyczkę — szepnęła.



4 из 262