
Szturchnęła lekko najbardziej prawdopodobne wybrzuszenie. Namioty przestały już dymić, lecz wciąż unosiły się z nich fale gorąca, które owiały jej twarz, przywodząc na myśl letnie słońce ojczystej planety. Umęczony materiał złuszczył się niczym spopielały papier. Cordelia zahaczyła tyczką o na wpół stopioną szafkę i odciągnęła ją na otwartą przestrzeń. Dolna szuflada była wciąż cała, choć mocno pogięta i — jak Cordelia odkryła, kiedy owinąwszy dłoń rąbkiem koszuli szarpnęła uchwyt — zaklinowana.
Dalszych kilka minut zaowocowało odkryciem czegoś, co od biedy mogło zastąpić łom i młotek: płaskiego odłamka metalu i ciężkiej bryły, w której Cordelia rozpoznała ze smutkiem pozostałość delikatnego i bardzo kosztownego rejestratora meteorologicznego. Z pomocą tych iście jaskiniowych narzędzi i odrobiny siły ze strony Dubauera udało im się wreszcie poruszyć szufladę, która wyskoczyła ze szczękiem przypominającym wystrzał z pistoletu.
— Trafiony! — rzucił Dubauer.
— Zabierzmy go na skraj jaru i wypróbujmy — zaproponowała Cordelia. — Skóra mi cierpnie. Z góry widać nas jak na dłoni.
Nadal schyleni, pomaszerowali z powrotem, mijając ciało Rosemonta. Dubauer obejrzał się na trupa, niespokojny, gniewny.
— Ktokolwiek to zrobił, zapłaci za to.
W odpowiedzi Cordelia potrząsnęła tylko głową.
Uklękli wśród przypominającego paprocie poszycia i uruchomili komunikator. Urządzenie wydało z siebie tylko szum i smutne buczące pojękiwania, umilkło, po czym, potrząśnięte i poklepane, odezwało się dźwiękowym sygnałem, wizji jednak nie dało się włączyć. Cordelia odnalazła właściwą częstotliwość i zaczęła nadawać na ślepo.
— Komandor Naismith do statku zwiadowczego “Rene Magritte”. Odezwijcie się. — Po męce oczekiwania dobiegły ich słabe, przerywane zakłóceniami słowa:
— Tu porucznik Stuben. Wszystko w porządku, kapitanie?
Cordelia odetchnęła głęboko.
