
— Tak długo, jak będziemy mogli. Co do was — zjeżdżajcie stąd! — Od czasu do czasu wyobrażała sobie statek funkcjonujący bez niej, ale nigdy bez Rosemonta. Muszę powstrzymać Stubena przed zabawą w żołnierza, pomyślała. Barrayarczycy nie są amatorami. — Odpowiadasz za życie pięćdziesięciu sześciu ludzi. Umiesz chyba liczyć? Pięćdziesiąt sześć to więcej niż dwa. Miej to na uwadze, dobrze? Naismith bez odbioru.
— Cordelio… powodzenia. Stuben bez odbioru.
Usiadła na ziemi i spojrzała na miniaturowy komunikator.
— Uff. Co za dziwaczna sprawa.
— Spore niedomówienie — prychnął podporucznik Dubauer.
— Wcale nie. To jak najbardziej adekwatne określenie. Nie wiem, czy zauważyłeś…
Kątem oka dostrzegła poruszenie w cienistym poszyciu. Zerwała się na nogi, sięgając po paralizator. Wysoki, ubrany w brązowo-zielony mundur maskujący barrayarski żołnierz, z twarzą o ostrych rysach, poruszał się zwinniej, niż ona, lecz Dubauer zareagował jeszcze szybciej, wciągając ją za siebie. Usłyszała trzask porażacza nerwowego, po czym runęła w głąb jaru, wypuszczając z rąk broń i komunikator. Las, ziemia, strumień i niebo wirowały wokół niej. Głową uderzyła w coś z budzącym mdłości rozgwieżdżonym łoskotem, po czym pochłonęła ją ciemność.
Leśna ściółka napierała na policzek Cordelii. Wilgotna woń ziemi łaskotała ją w nos. Cordelia odetchnęła głęboko, napełniając powietrzem usta i płuca, i nagle jej żołądek ścisnął smród zgnilizny. Odwróciła twarz i w głowie eksplodowały jej oślepiające linie bólu.
Wydała z siebie nieartykułowany jęk. W oczach tańczyły migotliwe światełka. Po chwili ustąpiły i znów widziała normalnie. Zmusiła wzrok do skupienia się na najbliższym przedmiocie, jakieś pół metra od jej głowy.
Głęboko wbite w błoto tkwiły tam ciężkie czarne buciory, w które obute były stojące w lekkim rozkroku nogi, powyżej odziane w plamiste, szaro-zielone spodnie. Stłumiła jęk rozpaczy. Bardzo wolno złożyła głowę z powrotem w czarnej mazi i ostrożnie przekręciła się na bok, by przyjrzeć się barrayarskiemu oficerowi.
