Jordi nie miał już miecza. Został mu on wyjęty z rąk i po prostu rozpłynął się w powietrzu, kiedy wypełnił zadanie. Teraz Jordi wyglądał na bardzo zmęczonego, był wykończony.

– Usłyszałem, jak mówią, że muszą się spieszyć z powrotem do samochodów – powiedział Pedro.

– To znaczy, że nie odkryli posiadłości? – zdziwił się Jordi.

– Nie sądzę. Stamtąd nie można jej dojrzeć, a noc była bardzo ciemna, kiedy się pojawili. Źle zrozumieli nasze zamiary.

– Ale to może oznaczać, że czekają przy samochodzie – przestraszyła się Unni, gdy Jordi pomagał jej zejść ze stromego skalnego występu.

– Istnieje takie niebezpieczeństwo – przyznał Pedro. – Musimy być ostrożni i jak najszybciej zejść na dół, to oni się nie zorientują, że popełnili błąd, i nie będą niczego szukać.

Unni martwiła się o Jordiego. Był jakiś nieswój. Walka z takim trollem nigdy człowiekowi na zdrowie nie wychodzi.

Z bliska ruiny wyglądały strasznie. Resztki zawalonego dachu wisiały groźnie nad głowami wędrowców, gdy próbowali wejść do środka, a wszędzie tam, gdzie nie docierała niebieskawa poświata księżycowej nocy, kryły się głębokie cienie.

Posiadłość najwyraźniej opierała się rabusiom, pod zapadniętymi sufitami bowiem zachowały się jeszcze niektóre meble. Żadnych wartościowych rzeczy pewnie za wiele nie było, ale Elio po długich i skomplikowanych obliczeniach zdołał ustalić, gdzie mogła się znajdować sypialnia jego ojca, Enrica, oraz brata ojca, Santiago.

Pedro zgadzał się z jego wnioskami. Przed jednym z domów wciąż znajdowały się resztki żywopłotu, teraz całkiem zdziczałego. Za nim właśnie, patrząc z okna sypialni, Santiago i jego ojciec, Felipe, pradziadek Elia, musieli zakopać tę jakąś tajemniczą rzecz.

– Zostań tutaj wewnątrz, Unni – polecił Pedro. – My wyjdziemy, a ty wczujesz się w rolę Enrica i pokażesz nam, gdzie oni mogli kopać.

Unni bardzo się nie podobała myśl, że musi zostać sama w tych upiornych ruinach.



11 из 159